niedziela, 8 listopada 2009

Mandalay - raczej brzydko ale miło.

Elegancki autobus zawiózł nas prosto do drugiego największego miasta Birmy (jedyna 12h). Nawet byliśmy wyspani. Mandalay ma swoje atrakcje do zobaczenia ale okazało się są raczej średnie. Największym dla nas zaskoczeniem było mnóstwo ludzi którzy w zamian za pracę i pieniądze gotowi byli ciężko pracować. Cóż to za cudowne uczucie zobaczyć serdeczny uśmiech na twarzy rykszarza gdy wręcz mu się 3 dolary. A więc stało się. Postanowiliśmy, że zamiast na Charity w domu (w którym większość pieniędzy jest wydawana na zarządzanie) wydamy więcej tutaj, każdy kto nie będzie próbował nas kiwać, tylko będzie chciał zarobić ma u nas szanse. Pompujemy dolary w lokalną ekonomię. Najpierw targujemy cenę do nieprzyzwoitości, a jak ktoś się godzi to na koniec mu płacimy dwa razy więcej. Tyłki, aż nas bolały od jeżdżenia tymi rowerkami, kiepskimi 50 letnimi taksówkami Mazda etc. Jak ktoś żebrał to pieniędzy nie dostał, ale jedzenie ze straganu. Można się było naciąć bo jak się kupiło ciastko (albo robaka) jednej osobie to nagle się znajdowało 30 innych chętnych osób. A co tam! Raz się żyje! Dla mnie zabawa w dobrego wujka byłą super, a i nie tylko mi się podobała. Kupowałem na straganach najdziwniejsze rzeczy i je potem rozdawałem. I patrzyłem i patrzyłem, jak oni te robale ohydne wcinają. Brzmi okrutnie? Jeśli tak to może tylko dla was bo nikt inny niezadowolony nie był. Cóż, tak mieliśmy frajdę wszyscy. Inni zwykle przemykali z celu do celu i w dupie mieli co się dzieje na ulicy. Okrutnym dla mnie jest ten kto pojedzie do Birmy na budżecie i będzie chciał wydać tylko tyle ile musi.
Wspieranie lokalnych społeczności jakby to przeciętny NGO nazwał to jedna sprawa. Coś jednak widzieliśmy. Mandalay Hill średnio ciekawe. Wjechaliśmy na górę pickupem, a schodzić musieliśmy kawał drogi na boso, bo to taki szlak pielgrzymkowy. Brudno, naplute tym czerwonym świństwem co to żują wszędzie, ohyda. Nie dziwne że buddyści uważają nogi za najbrudniejszą część ciała. O 4 AM w jednej ze świątyń odbywa się rytuał mycia buddy. Zamówiliśmy dwa rowery i pojechaliśmy. Pieniądze dla mnichów rozmienione, bo oni zwykle rano chodzą i zbierają do garnuszków jedzenie i pieniądze. Ledwo dojechaliśmy i zauważyłem kilku. Wrzuciłem do pierwszego kubełka, i patrzę a tu kolejka na 30 osób się robi!!! Jeden za drugim ustawiają się w szeregu jak jeden mąż. Wrzucić coś trzeba każdemu. Uroczystość sympatyczna choć nieciekawa. Mimo wszystko to jedna z ciekawszych rzeczy jaką w Mandalay można zrobić. Świątyń niby mnóstwo ale każda taka sama.
Dookoła Mandalay leżą małe wioski w których również znajdują się zabytkowe świątynie w ilościach hurtowych. Wybraliśmy się do Amarapury gdzie rano o 11 chyba ze 200 mnichów je śniadanie. Głupawa atrakcja dla japońskich szczebioczących w ekstazie turystów. Nie wiem czy oni tak szczebioczą bo ktoś je śniadania czy może dla nich jako buddystów również to jest jakieś religijne przeżycie. Moim zdaniem głupio zaglądać komuś do talerza.
Jedyne co nam przypadło to gustu to 1,2 km tekowy most przez jezioro. Bardzo miły spacer, powrót łódką. Ogólnie bardzo miło i ładne widoki (z daleka), z bliska jednak mamy wielce dosyć tych świątyń. Pobyt w Mandalay wspominamy miło.



















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz