wtorek, 13 października 2009

Długi weekend w Bangkoku.

Do BKK wróciliśmy w dobrych humorach. Zatrzymaliśmy się u znajomego który musiał wyjechać na weekend. Wyjazd mu się przedłużył, a w naszych rękach został dwupiętrowy dom :) Właściciel wyjechał - no to impreza :) Nie w domu jednak, bo w Bangkoku to się w domu nie imprezuje. Patpong, Nana... słyszeliście o "bangkok ping pong"?
Mieliśmy kilka dni do zagospodarowania. Co robiliśmy? Oczywiście shopping! Jednak centra handlowe okazały się nudne (głównie przez europejskie ceny), więc drugiego dnia udaliśmy się na największy ponoć market w azji Chatuchak. Jest tam 15.000 stanowisk i co weekend odwiedza go ponoć 300.000 osób. Sam market jednak jakiś fantastyczny nie jest, ale kilka rzeczy udało nam się kupić więc na jakiś czas zakupy mamy z głowy. Koło marketu znaleźliśmy żółwia który uciekł pewnie z któregoś stoiska. Miłosierna Karolina postanowiła go uratować, z czego i sam żółw nie bardzo był zadowolony bo i od nas cały czas próbował nawiać. Można powiedzieć, że Pyzula miała już swoje pierwsze zwierzątko. Żółwia oddaliśmy jednak kierowcy Tuk Tuka który obiecał się nim dobrze zająć. No w każdym razie kazaliśmy mu obiecać, że go nie zje :)
Wczoraj byliśmy na wycieczce do Ayuthaya, dawnej stolicy. Klimat w sam raz na jednodniową wycieczkę, ale dłużej to zdaje mi się że nie byłoby co robić. Ayuthaya to coś w stylu Aten, w niektórych miejscach leży kilka czerwonych cegieł, możnaby wręcz pomyśleć, że to nieuporządkowana budowa, gdyby na wejściu nie kazali kupić biletów. Pamiętam że w Atenach było podobnie - z niektórych ruin trudno było sobie zrekonstruować nie tylko wygląd budynku, ale nawet gdzie on dokładnie leżał. Ach, ta historia. W każdym razie miło się tam chwilę powałęsać.
Dziś cały ranek padało więc nie wychodziliśmy z domu. Później ledwo zdążyliśmy odebrać wizy do Birmy i obiad w Chinatown. Jak widzicie więc odpoczywamy zwyczajnie. Dobrze nam tak zwyczajnie sobie pomieszkać w domu.
Jutro, pojutrze jak się wszystko ułoży to może zdążymy jeszcze pojechać nad wodę na kilka dni i przygotować się na mękę komunikacyjną jaką szykuje dla nas Birma :). Może Krabi, a może Ko Chang.









Gupia (sic!) baba na granicy i prawie nieudana ucieczka z Laosu.

"Ucieczkę z Laosu" zaplanowaliśmy sobie na wtorek bo na granicy dostaniemy wizę tylko na 14 dni. Dłuższej w ambasadzie wyrobić nie mogliśmy bo już był piątek po południu, a przecież w poniedziałek i środę w Laosie są święta.
We wtorek wstaliśmy rano i zapakowaliśmy się z uśmiechniętymi minami do autobusu wiozącego nas przez granicę, aż do Udon Thani. Dojeżdżamy do granicy, podchodzimy do stanowiska "visa on arrival" i niespodzianka. Pani wizy nam nie da bo nie wydrukowaliśmy biletu do Birmy. Wydrukowanego nie mieliśmy bo nie wozimy ze sobą drukarki, a pozatym jakieś 3 tygodnie temu już do Tajlandii wjechaliśmy bez wydrukowanego. Mamy za to 20 innych biletów wydrukowanych na które Pani sobie może popatrzeć. Krótka sprzeczka bo mnie takie utrudniające życie i bezsensowne przepisy denerwują, ale Pani nie ustępuje. Kompleks służbisty i koniec. Ludzie przekraczający granicę dziwnie się patrzą bo nikt w tych okolicach nie zwykł dyskutować z pogranicznikiem. Stoją jak trusie czekając na kolejkę (dobrze, że ja nie pamiętam "tych" czasów u nas) Dostaję dyrektywę żeby pojechać do kawiarenki internetowej i nasz bilet wyjazdowy z Tajlandii wydrukować. No masz ci los! Normalnie jak człowieka to mnie do kraju nie wpuści bo pewnie stwarzam zagrożenie, ale bez stempla wysyła mnie 2 km do miasteczka do kawiarenki. A ja w tym czasie myk po rządowy budynek się wysadzę i nikt nawet nie będzie wiedział, że to ja bo przecież granicy nie przekroczyłem. W międzyczasie kierowca autobusu spasował i odjechał, a więc mamy czas. Nie korzystam z podstawionego Tuk-tuka bo mamy mnóstwo czasu. I tak musimy czekać do wieczora na nocny transport do BKK. Wolnym spacerkiem, udaję się w kierunku miasteczka. Super! Jestem tu teoretycznie nielegalnie :) Bilet udało mi się wydrukować po drodze w jakimś sklepie więc mimo, iż moje intencje były inne to całkiem szybko udało mi się wrócić. Podchodzę do mojej już ulubionej Pani wręczając jej kopie i słyszę - "potrzebuję kopię", ja na to "to proszę sobie zatrzymać, jak wspomniałem bilet nie jest mi potrzebny żeby polecić", a w odpowiedzi "trzy poproszę, na każdy wniosek po jednej". W tym momencie myślałem, że zaraz wybuchnę rozsadzając całą tą graniczną budkę. Zostało to z pewnością zauważone przez oficerkę bo nie miała odwagi powtórzyć swojej prośby. Wizy wbite, teraz dwa tygodnie spowrotem w Tajlandii.
Po drodze zachodzimy na dworzec. Są dwa pociągi do BKK. Mimo iż rano wszystkie przyzwoite bilety sprzedane. Została tylko 3 kl./bydlęcy/ coś w rodzaju naszej osobówki tylko jest wypchana po brzegi no i to nocna trasa. Nie zrozumieliśmy się z Karoliną która robiła reserch i kupiłem bilety myśląc, że skoro tu tak ciasno to i trudno będzie znaleźć miejsce w autobusie. Mówiłem, że damy rade, Karolina że nie bardzo i żebyśmy jechali autobusem. Zwrot biletów -50%. Odsprzedać nie ma komu bo tylko co 1583 Taj mówi po angielsku, nie ma więc szansy go znaleźć. To pierwszy zgrzyt w naszej podróży więc nie jest źle. Zaglądam do wagonu, a tam w naszym kąciku już siedzi babka z dzieckiem. No fajnie nie będzie. Karolinie udaje się jakoś odsprzedać bilety i już śmigamy tuk tukiem na dworzec autobusowy. Autobus właśnie odjeżdżał. W BKK będziemy o 5 rano. Po Laosie zapomniałem, że w autobusie może być nawet wygodnie. Pola elegancko przespała całą podróż, podobnie jak my. Z tym pociągiem nie miałem racji, dobrze że Karolina naciskała...

Obiecane cytaty cd.

"Jak widzieliśmy, zarówno nadmierna, jak i niewystarczająca w stosunku do
wymagań dziecka pomoc jest szkodliwa dla jego postępu. Zatem inicjatywa z zewnątrz
oraz niepożądane kierownictwo nie przynoszą pozytywnych skutków; Ono
nie może uczynić postępu większego niż ten, który zawiera się w jego motywacjach.
Ciekawość dziecka i pragnienie samego działania określają jego zdolność
do uczenia się, nie pociągającego za sobą konieczności poświęcenia jakiejś cząstki
pełnego rozwoju. Kierowanie nim może tylko spotęgować pewne zdolności
kosztem innych, lecz nic nie jest w stanie rozszerzyć pełnego zakresu tych zdolności
poza ich naturalne granice. Ceną, jaką płaci dziecko za to, że jest kierowane
tam, gdzie w pojęciu rodziców leży jego dobro, jest uszczuplenie pełni osobowości.
Ma to bezpośrednie oddziaływanie na jakość dobrego samopoczucia, odbicie
wszelkich aspektów osobowości - zaspokojonych lub nie. Starsi w jego
otoczeniu czynią wiele, by zdeterminować zachowanie dziecka swoim przykładem
i tym, co ono postrzega jako ich oczekiwania. Zastępowaniem jego motywacji
swoją motywacją lub mówieniem mu, „co robić" nie można wzbogacić osobowości." J.Liedloff

Zdjecia z podróży.

Ostatnio zacząłem zwracać uwagę na obuwie. Naprawdę można sobie często w podróży humor poprawić takimi błachostkami! A okazji jest mnóstwo, zapewniam.
Śladem bardzo popularnej swego czasu strony http://bialekozaczki.blog.pl/ postanowiłem dodać i tutaj mały wątek szewca. Upatrywał będę finezyjne obuwie i od czasu do czasu zamieszczał zdjęcia. Jeśli i wam wpadnie w oko coś nadzwyczajnego to fotografujcie i przysyłajcie na mejla.
To zdjęcie to Pani konduktor na dworcu w Vientiane.

poniedziałek, 5 października 2009

Dlaczego Laos nie zachwyca.

Powodów jest kilka. Jedne bardziej subiektywne inne mniej. Zacząłem o tym myśleć gdy zastanowiłem się co by sobie pomyślał ktoś kto leciał by tu 20 godzin samolotem na dwa tygodnie. Czy byłby rozczarowany? Myślę, że powinien być.
A więc od początku:. Granicę przekroczyliśmy w Huay Xai na północy kraju w tak zwanym Golden Triangle, czyli pograniczu Tajlandzko, Birmańsko, Laoskim które swego czasu słynęło z rozwiniętego exportu rozmaitych ziół zwanych potocznie u nas narkotykami. Ale to dawne czasy i nie o tym chciałem pisać. Postanowiliśmy nie skorzystać z usług słynnego slow boat który w dwa dni dopływa do Luang Prabang bo Karolina miała obawy w jaki sposób przez dwa dni będziemy zabawiać Polę na małej łódce. Postanowiliśmy więc udać się jeszcze bardziej na północ do Nam Tha (o czym pisałem). Gratka 5 godzin w ciasnym autobusie-busie, dzięki bogu tą drogę jako tako zalepili i nie było strasznie, choć na koniec Pola już wyraźnie miała dosyć. Jedyny bankomat jaki był w tej małej przygranicznej wiosce nie działał. To znaczy działał ale nie wypłacał pieniędzy. Trzeba więc było wymienić lollary. Kurs dzisiejszy to 8490 za lollara. Rok temu było to 9500, a dwa lata temu 10500. Komu się wydawało że jest tu tanio / taniej niż w okolicy/ to się tym razem zdziwi, choć noclegi faktycznie dalej są nie drogie i można znaleźć coś przyjemnego. Reszta zwykle 2xdroższa jak w Tajlandii. Nam Tha to stolica prowincji, co nie zmienia faktu, że to dwie równoległe do siebie uliczki i w zasadzie niewiele więcej. Sklepów brak, zjeść też ciężko, bo albo trzeba zmęczyć cienką zupkę za 10k albo trzeba wydać 40k na lepszy posiłek. Zupkę zmęczyć ciężko bo widać jak ją przyrządzają (można nie patrzeć niby). Zamówiliśmy rybę z grilla i dostaliśmy ją grillowaną razem z wnętrznościami. Takie smaczki, choć podobną sytuację mieliśmy już na Sumbawie w Indonezji. Ciekawy jestem jaki jest powód takiego jej przyrządzania. W Malezji jak się spytałem czemu udko z kurczaka miażdżą tasakiem na drobne kawałki, tak że potem je jedząc trzeba wydłubywać zmiażdżone kości to się dowiedziałem, że Azjaci po prostu lubią te kości ssać. Sam bym na to nie wpadł, ale w głowie rysował mi się obraz naszego ś.p. Pimponka który godzinami leżał w ogródku i z dużej wołowej kości próbował wylizać ze środka szpik. Yummy. A więc minus numer jeden - zasadniczy brak możliwości zjedzenia przyzwoicie i w przyzwoitej cenie.
Nam Tha to mała miejscowość, ale i nie ona jest lokalną atrakcją. Lokalną atrakcją są spacery po okolicy (zwane trekami). Zonk numer dwa, mimo że i kilku turystów było w okolicy, agencji organizujących wyprawy jeszcze więcej, to nie było możliwości się na żadną wybrać. Cennik jest ustalony w sposób taki, że jak idzie na wyprawę jedna osoba to płaci stawkę za całość, gdy idzie 8 to płacą w sumie niewiele więcej. Nigdzie na żaden trek zapisów nie było, a jakbyśmy się chcieli wybrać sami to cena wychodziła za nas oboje 500$ za trzy dni. Dla nas nie do przyjęcia i stąd nasz dramatyczny samodzielny wyczyn. Dygresja mała - gdy uda się komuś pokręcić po okolicznych małych wioskach, co w zasadzie nie jest takie łatwe, ale możliwe, to może się zdarzyć, że natrafi na jednego z lokalnych przewodników mówiących po angielsku których zatrudniają te same agencje. Nam proponował zorganizować trek za 60k za osobę dzień (z wyżywieniem) - jest różnica. Nie wiem ile takie usługi są warte bo gdy go poprosiliśmy by nas oprowadził po wiosce i opowiedział trochę o miejscowych ludziach to nie specjalnie był skłonny był to zrobić. Sytuacja niewiele się różniła w kolejnych miastach więc jeśli chce się ktoś tutaj wybrać na trek to polecam to zrobić w ośmioosobowej grupie, bo na miejscu może nie być innych chętnych.
Jak już się zebrałem na wylewanie żalów : ) to dorzucę jeszcze rzecz jedną ogólnie. Nie wiem co jest tego przyczyną, ale dworce autobusowe w Azji nigdy nie są w miejscach początkowych, ani docelowych. Gdy chcemy się gdzieś udać to najpierw trzeba dmuchać 10km pod miasto na jeden dworzec, żeby na koniec podróży zostać wyrzuconym 10 km przed celem. Dojechanie do i z dworca kosztuje niejednokrotnie więcej niż podróż autobusem.
No więc z jednego takiego dworca udaliśmy się w kierunku Luang Prabang. Jeden autobus dziennie 9am. 300km - 10godzin. Genialny laoski inżynier-planista- projektant zaplanował, że jak położy asfalt tylko na parzystych kilometrach to będzie się mógł na zlocie partii pochwalić ukończeniem drogi przed czasem. (Inny genialny Laotańczyk, kierowca autobusu postanowił nam umilić podróż puszczając na cały regulator LaoDisco. To taki rodzaj muzyki układany na dźwiękach midi w telefonie, z obowiązkowo dodanymi organkami i piszczałką.) Cóż to był za koszmar wytrząść się cały dzień po polnej drodze. Mam świadomość, że takie są uroki podróży, ale fajnie gdy po takiej drodze dojedziemy w jakieś fajne miejsce przebywanie w którym wynagrodzi nam te wszystkie trudy. Tymczasem o ile LP wyglądało jeszcze jako tako wieczorem gdy dojechaliśmy, o tyle okazało się klapą nazajutrz. Okazało się klapą dla mnie bo miałem zbyt duże oczekiwania (Karolina nie była rozczarowana i nawet jej się podobało). Naczytałem się, że to kolejne World Heritage Site, że znajdę tam piękną kolonialną architekturę, fantastyczną atmosferę itd. itp. A wyszło jak zwykle. Przyjechaliśmy do Wólki. Heritage Site zrobili jak w Penang, żeby im tu też smutno nie było, że atrakcji brak. Gdyby usunąć z LP te wszystkie guesthousy odpicowane to by nie było na czym oka zawiesić. Kilka obdrapanych budynków na powierzchni, no może ze 3 boisk piłkarskich. A świątynie? No są oczywiście. Podobno nawet ze 40, ale one się miedzy sobą dla zwykłego człowieka niczym nie różnią. Pierwszych 10 wzbudza zachwyt, a gdy oglądamy kolejnych 10 to się już zaczynamy zastanawiać czy one się czymś tak naprawdę między sobą różnią. Tak więc świątyń się naooglądaśmy już w Chiang Mai i nie wykluczam że gdybyśmy robili okrążenie w drugą stronę to moje odczucia byłby inne. No i jedzenie drogie bo trzeba min. 30k/os wydać, żeby zjeść jeden posiłek. Dobrze że wynegocjowaliśmy sobie bagietki… Laso to dziwny kraj bo nocleg w całkiem przyzwoitym guesthousie/hotelu kosztuje tyle samo co obiad.
W LP jedynymi atrakcjami oprócz “mistycznej atmosfery” są wodospady i jaskinie oraz przejażdżka łódką po Mekongu. Wodospady atrakcją LP …hmmm… no prawie 40 km za miastem, ale każdy kierowca busika proponuje cię tam zawieźć. My jednak wodospadów w ostatnim czasie widzieliśmy już tyle, że kolejny nie zrobi nam różnicy, a do ciemnej jaskini nie wejdziemy z Pyzulą i tak. Zaś na pytanie gdzie pan nas zawiezie łódką, słyszymy odpowiedź że nigdzie. Ewentualnie po drugiej stronie rzeki jest 1654 świątynia którą możemy zobaczyć. Pływanie łódką dla samego pływania też już od dawna przestało być dla nas atrakcją.
Wcześniejsze plany były bogate. Mieliśmy pojechać, aż na południe Laosu do Champasak i 4000 wysp. Ale… 12 godzin go do Vientiane, 14godzin do Pakse, kolejne 4 do Dong Det. A atrakcje to ponoć mniej spektakularne. Po drodze do Vientiane znajduje się mała miejscowość Vang Vieng, której główną atrakcją jest spływ rzeką na dętce od traktoru oraz oglądanie Friendsów w barze popijając drinka lub narkotyzując się. Z tym ostatnim trzeba jednak uważać, bo to taki deal miejscowych z policją. Kupujesz spliffa z opium albo muchomora czy innego grzyba, a już za rogiem czeka na ciebie policjant wlepiając ci mandat “on the spot” gratka 500$. Płacisz albo masz najtańsze wakacje w Laotańskim więzieniu. Vang Vieng jest w połowie drogi między LP a Vientiane, jednak jadąc tam z LP za bilet i tak musisz zapłacić do Vientiane. 125k VIP za ok..160-180km. Tańszy Express za 95k ale trzeba pamiętać, że i tak musisz się jakoś dostać wpierw na dworzec. Kolejna mała dygresja dla tych co się tutaj zapodzieją - naszym zdaniem mimo wszystko lepiej wybrać autobus Express, od VIP różni się tym tylko, że VIP to “Double Decker”. Określenie 10 godzinnej podróży na drugim piętrze po wertepach w autobusie którego amortyzatory już jakieś 10 lat temu zapomniały jaka jest ich rola określeniem VIP to rodzaj nieporozumienia. Wracając do tematu. Do Vang Vieng można się dostać albo w dzień w ciągu 6 godzin, albo wysiadając o 2-3 w nocy z nocnego autobusu do Vientiane. Zmuszeni jesteśmy więc spasować, bo w pamięci mamy jeszcze męczarnie sprzed kilku dni. Lonely Planet trasę z Nam Tha do Lunag Prabang określał na 7 godzin - wyszło 10. Boimy się więc, że z tych 6 również wyjdzie np. 9. Pola co prawda zachowuje się wzorowo, przesypiając lwią część takiej podróży, ale 1. Ma już 11 kilo, nie łatwo ją więc Karolinie utrzymać śpiącą przy piersi, 2. Pozostaje jeszcze kolejnych kilka godzin podczas których możliwości zabawy są wielce ograniczone nie tylko przez przestrzeń, ale przez sinusoidalny ruch autobusu po wertepach. Postanowiliśmy więc wybrać się nocnym autobusem prosto do Vientiane i tam zdecydować co robimy dalej.
Zmięci i wypluci dotarliśmy do stolicy, gdzie w planach mieliśmy zostać kilka dni i wyrobić sobie wizy do Birmy. Dojechaliśmy jednak w piątek i jakież było nasze zdziwienie gdy pani uprzejmie nas poinformowała, że wizy owszem możemy wyrobić ale gotowe będą dopiero na… przyszły piątek. W poniedziałek święto Laotańskie we środę kolejne etc. No tyle czasu to my tutaj spędzić nie chcemy, więc zmuszeni będziemy je wyrobić sobie w Bangkoku. Po drodze do ambasady udało nam się zwiedzić całe miasto. Tak z grubsza, ale my zwykle z grubsza zwiedzamy : ) zwłaszcza takie miasta. Atrakcje? Duży bazar nad brzegiem Mekongu, łuk triumfalny i parczek wokoło, plus kilka świątyń. Ani ładnie, ani brzydko. Jakoś tak nijako. Z okazji długiego weekendu w zasadzie całe miasto zamieniło się w bazar, ludzie piją piwo, sprzedają obiady, tańczą i się bawią. Nie wykluczam, że można spędzić tu kilka dni nie marnując ich, ale zachwycać się nie ma czym. Zamiast wybrać 14 godzinną podróż do Pakse decydujemy się wrócić do Tajlandii i ostatnie dwa tygodnie spędzić zwiedzając południowo wschodnie rejony tego kraju. Musimy też pojechać wcześniej do Bangkoku i złożyć wnioski o wizy Birmańskie. Podróże po Birmie będą z pewnością nie mniej dramatyczne warto więc zrobić sobie przerwę. 20.10 lecimy do Birmy z BKK. Na granicy dostaniemy wizę TK “15” na czternaście dni. Musimy więc zostać tu jeszcze 3 dni do wtorku.
Załapałem się na ulicy na świąteczne Disco Party z Laotańską kapela weselną. Piwko za darmo w zamian z tańce z dziewczynami ; ) miło, choć wszystko ma delikatny posmak chały. Chały nie kiczu bo ten drugi lubię. Tańce w ulicznym wykonaniu to tzw. “kierowca autobusu” “maszynista” wiecie o co chodzi … ale nie było źle, zwłaszcza później.
Podsumowując. Laos nie musi być taki zły tylko tak się jakoś złożyło tym razem, że oczekiwania rozminęły się z rzeczywistością. W ogóle zauważyłem, że jak człowiek sobie wyobrazi za dużo to potem mu to wakacje psuje bo zawsze okazuje się być inaczej. Mimo wszystko jest to jeden z niewielu krajów w którym możemy się jeszcze poczuć jak w 19 wieku. Gdyby nie te małe miasteczka w których całe rodziny przesiadują przed domem (sic!) oglądając telenowele przez cały dzień. Nawet w stolicy największy sklep spożywczy jest wielkości naszej “żabki”, czyli to chyba pierwszy kraj w którym nie widziałem centrum handlowego! Ale co tam miasteczka, życie na wsi niewiele się tu zmieniło od lat, i tam trzeba szukać atrakcji przyjeżdżając do Laosu. Takiej wsi jak tu to ze świecą szukać. Chyba dopiero w Afryce taką znajdziemy.
Ale jak ktoś przyjechał na wakacje wyłącznie do Laosu to mi go trochę szkoda.

PS. O mały włos zapomniałbym o kwestii najistotniejszej. Laobeer z którym wiązałem olbrzymie nadzieje przez dwa miesiące przebywania w krajach islamskich okazał się być przeciętny. Nie jest niedobry, ale z pewnością nie jest też dobry. Jak mawiał mój przyjaciel - “siki kota”. No ale tatuś to musi *

*dowcip: Tatuś pije wódkę, podchodzi synek i prosi: Daj spróbować. Tata mu daje, a synek krzywi się niemiłosiernie, mamrocząc: O Jezu, ale to niedobre. Na co tatuś odpowiada: No widzisz, a tatuś to musi.

Jak coś utargować nie targując się .

Z serii skuteczne rady wuja Zdzisia:

Jednym ze skutecznych sposobów “jak zbić cenę o połowę” jest zapytanie o nią kilka razy. Gdy turystyczna cena którą usłyszymy nas nie satysfakcjonuje odczekujemy chwilę i udajemy, że nie usłyszeliśmy / zrozumieliśmy pytając ponownie. Sprzedawca zwykle kiepsko władający językiem angielskim, zostaje zbity z tropu i za każdym kolejnym razem podaję cenę coraz to bardziej zbliżoną do prawdziwej. Jak trafimy na impertynenta to może nie zadziałać, ale zwykle zadziała u jego sąsiada. Warto obserwować wtedy jego minę.

O kolczykach i chodzikach.

Jak w Azji odróżnić dziewczynkę od chłopca? Dziewczynka ma przekute uszy, nawet gdy liczy sobie nie więcej jak….2 dni :/ Azjaci bowiem doszli do wniosku, że 2 dnia po narodzinach niemowlę jest nadal. W takim szoku i cytuję “nie wie, co się wokół niego dzieje” że dodatkowy zastrzyk bólu nie zrobi większej różnicy. Echhh….szkoda gadać.

Drugim ustrojstwem, którym gnębią swoje dzieci, są wyklęte w większości krajów Europejskich chodziki. A tu, biedna chatka, zapuszczony sklep, ale chodzik (w równie fatalnym stanie, bo przewinęło się przez niego nie jedno już dziecko) dumnie stoi na środku.
Azjaci nie widzą nic złego w tym, by niespełna 6 miesięczne dziecko wsadzić do chodzika, nawet jeśli nogami ledwo ziemi sięga. Nie raz już w restauracji (która jak już pisałam połączona jest z salonem, gdzie przesiaduje cała rodzina) gospodyni proponowała wsadzić Polcię w ów 8 cud natury, który sprawia, że człowiek ma ręce wolne. Kusząca propozycja gdy jest się w podróży, wolimy jednak zjadać posiłki z Polą gmerającą łapkami w talerzu, niż patrzyć jak bezradnie przebiera nóżkami, próbując wykonać czynność do której jeszcze nie dorosła.

Karolina

Co pozostawili po sobie Francuzi.

Bagietki!!! Najprawdziwsze JADALNE pieczywo, jakie mieliśmy w ustach po ponad 3 miesiącach posuchy : ) W Luang Prabang baby rozstawiały się z bagietkowymi stoiskami od samego rana i stały tak do późnej nocy (gdy główna ulica miasteczka zamieniała się w nocny bazar) serwując kanapki bogato nadziewane kurczakiem, tuńczykiem i warzywami, a dla łasuchów czekoladą, dżemem lub masłem orzechowym. Pierwszego dnia płaciliśmy za nie 10.000kipów (1,20$) drugiego 8.000 a trzeciego 6.000 ; ) Dalej postanowiliśmy się nie targować. W ten oto sposób prze 3 dni naszej tam bytności żywiliśmy się niemal wyłącznie kanapkami. Ach, co za uczta dla podniebienia : )
W drogę do Vientiane zabraliśmy 11 sztuk, ale rozbolały nas brzuchy i 1/2 wylądowało następnego dnia w koszu : (

Karolina

Azjatycka Baba peryferyjna.

Azjaci……pogodni, uśmiechnięci, przyjaźnie nastawieni do obcych, kochający dzieci i….dość bezceremonialnie się z nimi obchodzący. Przynajmniej jak na nasze europejskie standardy : P
Pola, która jak już wspominaliśmy, odmiennym kolorem skóry, a także krągłościami budzi powszechne zainteresowanie, zaczepiana jest gdziekolwiek się nie pojawimy. Większość Azjatów nie może się powstrzymać, by nie złapać Jej za nogę lub uszczypnąć w policzek (przypominają mi się ciotki z dzieciństwa, które również miały ten paskudny zwyczaj robienia puci puci”), złapać na ręce (mimo głośnych protestów ze strony zdezorientowanej Poli) i pokazać kumom.
A najgorsza w tej bezceremonialności jest Azjatycka Baba Peryferyjna. Takiej nie wytłumaczysz, że z dzieckiem (a przynajmniej naszym) trzeba nieco delikatniej, że jak je wyrwiesz matce lub ojcu z rąk i uciekniesz parę metrów dalej to się rozpłacze. A prawie każda baba chce Polę potrzymać. Pamiętam jak raz na dworcu autobusowym o dość później już porze baba chciała mi wyjąć Polcię z chusty. Chciałam jej wytłumaczyć, żeby Jej nie wyciągała, ale baba ani w ząb po angielsku, jak tylko jednak zrozumiała, że nie zamierzam dać jej Poli potrzymać dostało mi się po rękach : P
Nie zawsze oczywiście bywa tak “dramatycznie”. Są Azjatki, które rozumieją że z maluchem trzeba się najpierw trochę zaprzyjaźnić, trochę go podejść, a potem dopiero nawiązać kontakt cielesny. Do takich Pola chętnie idzie na ręce i nawet uciec ze sobą pozwala. Grubiańska baba nie ma zaś u niej żadnych szans : )

Laos, dziki Laos.

Jaki jest Laos? Zielony, górzysty i dziki. Kilometrami ciągną się górzyste pasma zieleni, skąpo upstrzone prymitywnymi drewnianymi wioskami gdzie czas płynie wolno i leniwie. Dorośli pracują w polu, starszyzna zaś opiekuje się licznym potomstwem hasającym beztrosko po rudobrązowej ziemi, gmerającym patykami w strumieniu i pokrzykującym wesoło na rówieśników.
Laos okazał obfitować w to, czego w tej podróży szukałam, prymitywnego życia, takiego jakie wiedli ludzie setki lat temu.
Niewielkie skupisko kilkunastu drewnianych chatek zbudowanych na rdzawej ziemi, a w chatce takiej “podłogowa kuchnia“ czyli 2 kociołki i kilka cegieł, ognisko i twarde derki, na których śpi kilkunastoosobowa rodzina. Nieliczni mają odbiorniki TV, większość jednak nie ma prądu, bieżącej wody, dzieciaki biegają po wiosce w podartych, niedopranych i nie raz za małych już ubrankach, najmłodsi bez pieluch, czasem zupełnie na naguska.
Nieliczne miasteczka, których domki w niewielkim tylko stopniu lepsze są od lichych drewnianych chatek prezentują się równie ubogo. Skąpo zaopatrzone sklepy (głównie w produkty z długą datą przydatności, puszki, homogenizowane mleko, kawa i herbata oraz słodycze), ze 2 apteki, 1 oddział banku, kilka obskurnych jadłodajni dla tubylców i tych podrasowanych na modłę europejską z wygórowanymi cenami dla turystów.
Sebastian zżymał się i złorzeczył gdy po dotarciu do Luang Prabang, opisanego w przewodniku jako miasteczko reprezentujące piękną architekturę kolonialną, okazało się, że jest to wieś właściwie z kilkoma ulicami i odrestaurowanymi kamieniczkami/chatkami, to jednak mają te miasteczka swój specyficzny zaściankowy klimat.

Karolina

środa, 30 września 2009

Dzień w wiosce plemienia Hmong - Nam Tha National Protected Area

Perypetie dotarcia do tego miejsca zachowam dla siebie bo nie mogę przecież pisać w kółko o trudnościach podróży. W każdym razie to miasto to stolica prowincji, leżąca na skraju tzw. National Protected Area, cos w rodzaju naszego parku narodowego, z zastrzeżeniem, że nie tylko dobra naturalne mają być dzięki takiej strefie zachowane, ale i kulturalne. Dla tego NPA najbardziej charakterystycznym jest różnorodność etniczna, bo w parku tym mieszka ponoć 20 różnych grup.
Luang Nam Tha jak pisałem to stolica prowincji, śmieszna to jednak sprawa, bo dla niewiedzącego o tym, miejsce to nie sprawia wrażenia nawet małego miasteczka. To są dosłownie trzy ulice na krzyż, w co drugim domu niby restauracja, a w co trzecim domu znajduje się Guesthouse. Do tego pusto wszędzie, głucho wszędzie. Turystę spotkać można, ale wszystkie agencje organizujące wyprawy w głąb rezerwatu świeciły pustkami. Działają one na zasadzie podziału kosztów. Jak idzie jedna osoba to płaci całą wygórowaną stawkę, a jak 8 to się tą stawką odpowiednio dzielą. No i problem polegał właśnie na tym, że nikt się na żadną wycieczkę (piszę wycieczkę bo trek w moim przekonaniu brzmi idiotycznie) nie zapisał a jak chcielibyśmy iść we dwójkę (trójkę) to musielibyśmy zapłacić kosmiczne pieniądze. Po Tajlandii mieliliśmy niedosyt “zbratania” się z miejscowymi plemionami, i chcieliśmy bardzo raz jeszcze wybrać się do kilku wiosek i poznać ich życie i zwyczaje. Niestety na zorganizowaną wyprawę nie mogliśmy sobie pozwolić. Ale postanowiliśmy się nie poddawać. Zorientowaliśmy gdzie w okolicy możemy dostać się samodzielnie i postanowiliśmy poradzić sobie na własną rękę. Postanowiliśmy wybrać się do wioski plemiennej i tam przenocować!
Pierwsza nasza wyprawa rozpoznawcza nie przyniosła większych efektów. Udaliśmy się naszym skuterkiem w stronę Muang Sing, przez środek rezerwatu. Oprócz ładnych widoków i poznania kilku osób, dzieci etc. wiele nie wskóraliśmy. Mieliśmy dużo Pyzuli ubranek z których wyrosła i okazało się, że to jest dobra przynęta by nawiązać kontakt. Sama Pyzula też okazała się świetną przynętą bo jak nic innego zwraca uwagę. Co tam, że nie znamy wspólnego języka. Z tego co wiemy miejscowi tutaj nigdy ludzi nie jedli….
Na drugi dzień nasze kroki były już bardziej przemyślane. Upatrzyliśmy odpowiednią wioskę, spakowaliśmy nawet nasze poszewki żeby mieć w czym spać i wskoczyliśmy na głęboką wodę. Jak o tym myślę teraz to wydaje mi się, że trzeba mieć naprawdę w głowie naprane żeby wpaść na taki pomysł, (albo być po prostu niepoważnym), no ale stało się. Dojechaliśmy do wioski do nazywała się Chalouensouk (nazwy pisze teraz z pamięci więc możliwe są literówki) i na migi próbowaliśmy pokazać, że chcielibyśmy zostać, na noc. Nie było łatwo, ale nie daliśmy za wygraną. Po dłuższych pertraktacjach, gdy sposobem “na Pyzulę” poznać nam się udało kilka osób, pojawiło się światełko w tunelu. Ktoś nas chyba zaczął rozumieć i zostaliśmy zaprowadzeni w głąb wioski do jednej z chatek. Sucha babcia usadziła nas na ganku, poczęstowała wodą i w chacie obok ogarnęła materace na których spała prawdopodobnie jej rodzina. Wow, pomyśleliśmy sukces. Dadzą nam domek, gorzej niż w tym lesie przecież nie będzie, a na dodatek będziemy blisko wioski i życia które na co dzień się tam toczy.
W chatce było dosyć hardcorowo. W rogu zwinięte materace, w kuchni w glinianym rozbitym garnku palił się ogień, małe kurczaki wesoło biegały po pokoju. Dzieci dookoła również nie mało no, ale już wiedzieliśmy że osiągnęliśmy chociaż połowiczny sukces. Zostajemy.
Dzień minął nam nie najgorzej. Pyzula bawiła się z maluchami, rozdała resztę ubranek z których wyrosła. Obejrzeliśmy sobie dokładniej wioskę, pomagaliśmy trochę w drobnych rzeczach jak noszenie wody. Zrobiłem dzieciom lekcję geografii za pomocą google earth (ciekawe tylko czy zrozumiały cokolwiek). Pokazywałem im zdjęcia etc. W kilku słowach dzień upłynął nam całkiem całkiem. Szok to był nie mały zetknąć się z taką biedą, ale ludzie ci nie sprawiali wrażenia by byli nieszczęśliwi. No i na szczęście było relatywnie czysto : )
Kolorowo zrobiło się pod wieczór gdy wrócili wszyscy mieszkańcy wioski. Zaczęło się robię ciemno i przyznam się, że nawet zaproponowałem by się skręcić powrotem do “miasta”, zwłaszcza, że cały następny dzień mieliśmy spędzić w autobusie. Spanie na drewnianej podłodze nie należało więc do wymarzonych rzeczy. Karolina jednak chciała być twarda i postanowiliśmy, że zostajemy. Zapomniałem dodać, że w wiosce naszej jak pewnie i wszystkich okolicznych, prądu nie ma. Szybko więc robi się ciemno, a nawet lepszym określeniem jest kompletnie ciemno. W domku, w którym się bawiliśmy z innymi dziećmi i w którym mieliśmy spać, zaczęła się zbierać (chyba) cała rodzina. Tak sobie siedzieliśmy i było całkiem przyjemnie. Dzieci się bawiły co było swego rodzaju katalizatorem na niemożność porozumienia za pomocą języka. Sucha babcia siedziała w rogu smażąc fajkę. Ciekawe czy był to tytoń czy opium, z którego te rejony słyną na całym świecie. Nie pytałem. Ktoś zarżnął koguta przed drzwiami i zaczął go skubać. Zaczęliśmy się modlić by tylko nie wpadli na pomysł by nas dokarmić. Nijak nie wypada odmówić w takiej sytuacji. Z drugiej strony stwierdziliśmy, że jedzenie takie nie będzie się różnić specjalnie od tego, które serwują z ulicznych kuchni, więc powinniśmy przeżyć, zwłaszcza, że mięso świeże ; ).
Ludzi w pokoju zaczęło się robić coraz więcej i więcej, aż w pewnym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że to my jesteśmy dla miejscowych większą atrakcją, nie na odwrót. I dobrze. Nie dodałem, że z samochodowego akumulatora uruchomiona została lampka w pokoju, w którym wszyscy siedzieliśmy nie było więc tak ciemno. Nagle stało się to czego się obawialiśmy. Wjechał stół, ale tylko z dwoma nakryciami. sticky rice, makaron z Chińskiej zupki (tutaj to chyba jedyny jaki mają) i jakiś omlet z jajka. Kury na szczęście nie było, chyba. Jedzenia dla pięciu osób, a nakrycia tylko dwa. No, jak się powadziło A to trzeba powiedzieć B. Zabraliśmy się nieśmiało do jedzenia. Zjedliśmy niewiele i podziękowaliśmy, po czym stół wywędrował w drugi koniec pomieszczenia i swoją ucztę rozpoczęli inni. Wniosek taki że gościnność wszędzie na świecie jest taka sama, niezależnie od szerokości geograficznej, ani od zasobności portfela (choć często jest odwrotnie proporcjonalna do zasobności portfela).
Czas leciał, a my naliczyliśmy w “naszym” domku już 18 osób. Domek hmmm, no skłamałbym chyba mówiąc, że ma 20 m2. Na dodatek nikt nie sprawiał wrażenia jakby się miał zamiar stąd zabrać. Zaczęło się robić gorąco. No z jednej strony przygoda, ale z drugiej jaka. W końcu pękła i Karolina. Postanowiliśmy hojnie wynagrodzić gospodarzy za gościnę i pod przykrywką śpiącej Pyzuli, prędko się ulotnić. W końcu nie mówiąc w jednym języku, mogliśmy się nie dogadać. Będziemy udawać więc, że chcieliśmy zostać tylko na dzień. Ciemno było tak, że prawie nie widzieliśmy swoich stóp. Szybko zapakowaliśmy się jednak na skuterek i pomknęliśmy pustą drogą z powrotem.
Z pewnością był to dzień największych wrażeń naszej podróży. Przygoda nie byle jaka i jak o niej myślę dziś z perspektywy to wydaje mi się, że nie tylko jesteśmy niepoważni, ale musimy być trochę nienormalni. Poznawania plemion mamy w każdym razie dosyć. Być może kiedyś powtórzymy ten wyczyn, ale trzeba by się do niego dłużej przygotować i zaplanować go przynajmniej na tydzień, tak by mieć czas zdobyć zaufanie mieszkańców i czuć się swobodniej. Można wtedy na tyle poznać to miejsce by móc więcej o nim napisać oraz postarać się o ciekawsze zdjęcia.
















wtorek, 29 września 2009

Bazar jak bazar

Markety już nam trochę spowszedniały. Niczym się one tak naprawdę między sobą nie różnią. Gdy przyjedzie się z domu to fakt człowiek zwariowany kręci oczami dookoła bo wszędzie jakiś nowe atrakcje. My już jednak powoli przestawiamy się na tutejszą rzeczywistość i niewiele rzeczy na markecie potrafi wzbudzić w nas zainteresowanie. Te Laotańskie robaczki jednak wzbudziły. Nie tylko zainteresowanie ale i trochę obrzydzenie, bo z tych gniazdek unosił się niezły fetor. Swoją drogą ciekawe czy to do jedzenia? Połowa wyglądała na gotową do wyklucia. A może wiecie co to?



Do nieba, do piekła

Ulegliśmy duchowi azjatyckiemu. Daliśmy się pochłonąć skuterkowi. Łamaliśmy się czas długi, że niezdrowo, że niebezpiecznie, że ryzyko olbrzymie. Przecież u nas to strach z dzieckiem do sklepu bez fotelika podjechać. Wszyscy na ciebie krzywo patrzą, że jak to takie ryzyko podejmować. No ale my z europy na szczęście wyjechaliśmy, a banany jemy nie tylko nieodpowiednio krzywe ale i w rozmiarze nieprzyzwoitym. Jak już pisałem ruch na drogach tutejszych znikomy, a jak pojawi się jakaś maszyna to ją często i na wrotkach by przegonił. Postanowiliśmy spróbować. Podejrzeliśmy kilka rodzin jak w siedmioro wsiadają na skuter i postanowiliśmy się zapakować we trójkę. Szybki kurs przypominający jazdę na dwóch kółkach dla mnie i w drogę. Nie okazało się to jednak takie łatwe… Skuter pożyczyłem i pojechałem sprawdzić trasę. W pole, po wioskach, bo taki był nasz pierwotny zamysł, żeby poznać rodzimych mieszkańców w rezerwacie (Nam Tha National Protected Area). Nie wiedzieć czemu ubzdurało mi się, że bak jest pełen. Jakież było moje zdziwienie gdy po 15 kilometrach polną drogą skuterek zdechł. Przekonany jednak byłem dalej, że to nie wina braku paliwa tylko, że mi gruchota wcisnęli. Cóż tu zrobić? Z pomocą przyszedł mi jeden z mieszkańców okolicznych wiosek. Na bystrego nie wyglądał i podobnie jak ja nie był bo dusił go bez ustanku z 10 minut i bez rezultatu oczywiście. Nagle mnie oświeciło, i dotarło do mnie, że wyjechałem z pustym bakiem. A wskazówka nie wskazywała na literkę F tylko na literkę E. Stacji przy szutrowej drodze spodziewać się nie mogę, wracać daleko. Trzeba by więc spróbować nawiązać jakiś kontakt z miejscowymi. Długo to na szczęście nie trwało bo każdy, niczym u nas za komuny, trzyma w domu kilka litrów “na wszelki”. Udało więc mi się szybko uzupełnić bak na tyle że szczęśliwie wróciłem spowrotem. Do fatum nieszczęsnych łodzi, zmuszony więc jestem dopisać fatum pustego baku. Na szczęście nikt mi nie nalał diesla do skuterka...
Ah, wracając do najważniejszego. Pyzula na skuterku sprawuje się rewelacyjnie. Najczęściej - jak w każdym środku transportu - zasypia.


Laotańskie cuda techniki

Podróżując po Laosie zauważymy dwie rzeczy. Po pierwsze ruch tu jest świąteczny tzn. od święta przejedzie samochód, a po drugie jak już przejedzie to w zasadzie nie jesteśmy pewni czy to był samochód czy nie. Te i temu podobne Laotańskie cuda techniki stanowią zdecydowaną większość na tutejszych drogach. Z początku myślałem, że to jakiś domorosły mechanik skręcił sobie w domu traktor z kosiarki, ale nie. Takich samochodów są tutaj setki jak nie tysiące! Musieli je chyba dodawać jako zestaw DIY do miejscowej gazety bo wytłumaczenia innego na to nie mam.


Oda do Chińczyka

Chyba w każdym mieście Azji, a nawet i w wiosce znajdzie się chińczyk. U Chińczyka - niczym kiedyś u nas u Żyda - można dostać wszystko. Jak się spytasz kogoś gdzie możesz dostać to i tamto to cię odeśle zawsze do Chińczyka. I my zgubiliśmy Pyzy czapkę gdzieś podczas spływu bambusową tratwą. Mimo że już wcześniej planowaliśmy jej kupić drugą to nie udało nam się znaleźć odpowiedniej nawet w dużych centrach handlowych. Tymczasem wylądowaliśmy w małej przygranicznej wiosce, pogoda na jutro zapowiada się słoneczna więc bezapelacyjnie czapka niezbędna. Wysłano nas więc do Chińczyka, u którego było mydło i powidło. Wszystko pasowało do siebie jak pięść do nosa, ale Chińczyk wiedział gdzie grzebać i wygrzebał. Czapka rodem z podlaskiego odpustu, do gustu Pyzie nie przypadła (o ile komukolwiek może przypaść) ale jest i od słońca chroni.

środa, 23 września 2009

3 dni w lesie

Chiang Mai leży pomiędzy wzgórzami. W okolicznych górach do dziś mieszkają liczne tradycyjne plemiona. Postanowiliśmy wybrać się więc na 3 dniowy trek po okolicy. Kąpaliśmy się w wodospadach, mieszkaliśmy w prymitywnych chatkach w których prądu nie było w ogóle. Zresztą podobnie jak wody :) Naszą rezydencję z pierwszego wieczora można podejrzeć na zdjęciach. Odwiedzaliśmy wioski w których plemiona żyją prawie jak dawniej. Niesamowite tym bardziej bo nie było żadnej pokazówki dla turystów! Jedynie kilka stoisk z wodą, jakimiś pamiątkami i ...bimbrem z ryżu. Plemienni guru doszli do wniosku, że od korali lepiej sprzedaje się wódka, zamiast wyszywać więc torebki pędzą bimber w olbrzymich plastikowych beczkach, czyli metodą "prawie" tradycyjną :) Spływaliśmy rzekami, jeździliśmy po dżungli na słoniach, słowem - mimo niewygód - bawiliśmy się świetnie.