Przyszedł też czas rozstania po blisko trzech tygodniach wspólnego podróżowania. Pocieszam się, że następnym razem wyjdzie lepiej.
środa, 27 stycznia 2010
Auckland
Napisze krótko: Miasto jak miasto. Jakby ktoś miał lecieć 30 godzin po to by je zobaczyć to mu serdecznie współczuję. Wizytę w Auckland podsumuję tylko jednym zdjęciem. Ponoć to najwyższy budynek na południowej półkuli. - A co proszę Pani można zrobić jeszcze w Auckland? - Wjechać na wieżę. - A, no to super.
Przyszedł też czas rozstania po blisko trzech tygodniach wspólnego podróżowania. Pocieszam się, że następnym razem wyjdzie lepiej.
Przyszedł też czas rozstania po blisko trzech tygodniach wspólnego podróżowania. Pocieszam się, że następnym razem wyjdzie lepiej.
Wodospad Huka, Taupo i obok wulkanów
Kolejnym celam podróży okazał się środek wyspy. Chyba największe jezioro na północnej wyspie (jezioro jak jezioro w zasadzie). Potężny i nietypowy wodospad, parująca ziemia i to w zasadzie tyle.
Wodospad o tyle wydawał się być ciekawy, że choć nie jest wysoki to niesie ze sobą strasznie dużo wody. W zasadzie jest to jakaś olbrzymia ilość wody bo rzeka o szerokości 100metrów zwęża się do metrów 10, i całą ta woda zmieścić się musi w takim wąskim kanionie. Strumień z jaką płynie jest więc naprawdę silny. Ciekawe czy jakaś ryba próbowała dostać się w górę rzeki…
Poniżej wodospadu zamontowana jest elektrownia wodna. Z tej i kilku innych elektrowni na tej rzece produkowanych jest ponoć 15% całej energii w Nowej Zelandii (a szereg dużo większych elektrowni zobaczymy jeszcze na wyspie południowej). Energia ze źródeł odnawialnych stanowić więc musi tutaj duży procent całkowitej pozyskiwanej energii.
Taupo podobnie jak Rotorua leży na ternach aktywnych geotermalnie. Co to oznacza.A no właściwie tylko tyle, że jak się wpadnie nogą w dziurę i się nie ma za dużo szczęścia to można sobie ta nogę przed wyjęciem ugotować. Wizyta w jednym z miejsc gdzie taka historia nieraz miała miejsce była miła ale nie tylko dlatego że było księżycowo (miejsce nazywało się o ile dobrze pamiętam Moon Valley), ale dlatego też, że było ciepło : )
Kolejnym punktem programu był Park Narodowy Tongarriro i ponoć jedna z najpiękniejszych tras Tongarriro Alpine Crossing. Dotarliśmy jednak tylko do parku po czym z przyczyn pogodowych grupa nam się rozpadła i zabrakło chętnych na kilkugodzinny spacer. Szkoda. Jak to jednak zwykle w Nowej Zelandii nam się zdarzało gdy tylko ujechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów to pogoda zmieniła się na słoneczną. Straciliśmy na pewno okazję zobaczyć najfajniejsze widoki na wyspie tym bardziej, że w tym samym momencie zostawiliśmy za sobą wulkan Taranaki. No nic, będzie po co wrócić.
Koniec jednak nie okazał się taki straszny, bo udało mi się zapodziać w magiczną krainę zielonych wzgórzy gdzie fantastyczne widoki i towarzystwo owiec i hobbitów przynajmniej częściowo wynagrodziło nam te straty.
Następnego dnia udaliśmy przez Cambridge i Hamilton powrotem do Auckland gdzie spędziliśmy następne dwa dni. Nic tam jednak fantastycznego po drodze się nie zdarzyło więc oszczędzę wam opowieści o braku atrakcji w największym mieście Nowej Zelandii (bo stolicą jest Wellington!).






Wodospad o tyle wydawał się być ciekawy, że choć nie jest wysoki to niesie ze sobą strasznie dużo wody. W zasadzie jest to jakaś olbrzymia ilość wody bo rzeka o szerokości 100metrów zwęża się do metrów 10, i całą ta woda zmieścić się musi w takim wąskim kanionie. Strumień z jaką płynie jest więc naprawdę silny. Ciekawe czy jakaś ryba próbowała dostać się w górę rzeki…
Poniżej wodospadu zamontowana jest elektrownia wodna. Z tej i kilku innych elektrowni na tej rzece produkowanych jest ponoć 15% całej energii w Nowej Zelandii (a szereg dużo większych elektrowni zobaczymy jeszcze na wyspie południowej). Energia ze źródeł odnawialnych stanowić więc musi tutaj duży procent całkowitej pozyskiwanej energii.
Taupo podobnie jak Rotorua leży na ternach aktywnych geotermalnie. Co to oznacza.A no właściwie tylko tyle, że jak się wpadnie nogą w dziurę i się nie ma za dużo szczęścia to można sobie ta nogę przed wyjęciem ugotować. Wizyta w jednym z miejsc gdzie taka historia nieraz miała miejsce była miła ale nie tylko dlatego że było księżycowo (miejsce nazywało się o ile dobrze pamiętam Moon Valley), ale dlatego też, że było ciepło : )
Kolejnym punktem programu był Park Narodowy Tongarriro i ponoć jedna z najpiękniejszych tras Tongarriro Alpine Crossing. Dotarliśmy jednak tylko do parku po czym z przyczyn pogodowych grupa nam się rozpadła i zabrakło chętnych na kilkugodzinny spacer. Szkoda. Jak to jednak zwykle w Nowej Zelandii nam się zdarzało gdy tylko ujechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów to pogoda zmieniła się na słoneczną. Straciliśmy na pewno okazję zobaczyć najfajniejsze widoki na wyspie tym bardziej, że w tym samym momencie zostawiliśmy za sobą wulkan Taranaki. No nic, będzie po co wrócić.
Koniec jednak nie okazał się taki straszny, bo udało mi się zapodziać w magiczną krainę zielonych wzgórzy gdzie fantastyczne widoki i towarzystwo owiec i hobbitów przynajmniej częściowo wynagrodziło nam te straty.
Następnego dnia udaliśmy przez Cambridge i Hamilton powrotem do Auckland gdzie spędziliśmy następne dwa dni. Nic tam jednak fantastycznego po drodze się nie zdarzyło więc oszczędzę wam opowieści o braku atrakcji w największym mieście Nowej Zelandii (bo stolicą jest Wellington!).
W kabinie
Pora na kilka rad praktycznych których niewiele u nas znaleźć można. W Nowej Zelandii podobnie zresztą jak w Australii kempingowanie jest bardzo popularne. Zarówno w kamperach jak i pod namiotem. O ile to pierwsze jako tako w naszym wydaniu wychodzi o tyle spanie pod namiotem w warunkach iście wiosennych przychodzi nam z trudem. Pocieszamy, że nie jesteśmy sami, ale upatrywać w tym atrakcji nijak nam się nie udaje. Jak trzeba to trzeba. W Nowej Zelandii jednak istnieje alternatywa. Jest tu nieco taniej i na każdym kempingu zamiast namiotu można niewiele drożej zapłacić za tzw. Kabinę ( brzmi głupio, ale naprawdę głupio to się to nazywało na Sri Lance - Kabana) Za jedyne 50 dolarów (NZ) za dwójkę można rozprostować nogi i odpalić ogrzewanie. W tych warunkach to nie byle gratka. Ale rozpusta tylko co drugi dzień : )
Rotorua i gejzery
Kolejnego dnia wspięliśmy się z samego rana na Mt. Manganui skąd rozpierał się piękny widok na okolicę. W serca nasze wdarło się nieco otuchy gdyż sam poranek tego dnia był naprawdę słoneczny i mimo iż temperatura, ani powietrza ani wody nie nastrajała pozytywnie to sporo osób wraz z Karoliną i Gosią zdecydowało się na kąpiel. Pogoda w Nowej Zelandii jest jednak jeszcze mniej przewidywalna niż w górach i już po południu gdy byliśmy w drodze do Rotorua - nowozelndzekiej stolicy geotermalnej energii - zaczęło padać. Deszcze jednak jakie nas tu spotykały niegdy nie trwały zbyt długo więc kilka godzin później było powrotem pogodnie.
Kolejny dzień pogodowo wyglądał identycznie, podobnie zresztą jak wszystkie kolejne. Gdy tylko ktoś wspomniał “Spójrzcie, wypogodziło się!” to nigdy nie minęło więcej jak 15 minut gdy chmury ponownie szczelnie wypełniały niebo. Tak czy inaczej nacieszyliśmy wzrok dziurami w ziemi w których gotowała się albo woda albo błoto, po czym odwiedziliśmy pobliski las. Las był o tyle nietypowy, że był to las sztuczny. Zasiany w większości Sekwojami sprowadzonymi z Kalifornii. Są to nie tylko jedne z największych drzew na świecie, ale również są to drzewa które najszybciej rosną. Nie potrzebują - jak nasz dąb Bartek - tysiąca lat by wyrosnąć, ale już po 50 osiągają olbrzymie rozmiary (jak olbrzymie to przyznam się, że nie pamiętam).
Gdy na koniec udaliśmy się na obiad nad pobliskie jezioro utworzone w kraterze wulkanu to dziwne zrządzenie losu sprawiło, że Karolina zamknęła kluczyki w samochodzie. Każdy już przygotowywał się noclegu na stołach piknikowych, oczywiście bez przykrycia, gdy okazało się, że kluczyk utknął w szparze pomiędzy klapą, a rynienką bagażnika. Dzięki bogu, moje fantastyczne zdolności manualne nie przeszkodziły mi przy próbie wyciągnięcia kluczyków kawałkiem gałązki i po około 15 minutach groźba noclegu na deszczu się oddaliła.






i więcej:

Kolejny dzień pogodowo wyglądał identycznie, podobnie zresztą jak wszystkie kolejne. Gdy tylko ktoś wspomniał “Spójrzcie, wypogodziło się!” to nigdy nie minęło więcej jak 15 minut gdy chmury ponownie szczelnie wypełniały niebo. Tak czy inaczej nacieszyliśmy wzrok dziurami w ziemi w których gotowała się albo woda albo błoto, po czym odwiedziliśmy pobliski las. Las był o tyle nietypowy, że był to las sztuczny. Zasiany w większości Sekwojami sprowadzonymi z Kalifornii. Są to nie tylko jedne z największych drzew na świecie, ale również są to drzewa które najszybciej rosną. Nie potrzebują - jak nasz dąb Bartek - tysiąca lat by wyrosnąć, ale już po 50 osiągają olbrzymie rozmiary (jak olbrzymie to przyznam się, że nie pamiętam).
Gdy na koniec udaliśmy się na obiad nad pobliskie jezioro utworzone w kraterze wulkanu to dziwne zrządzenie losu sprawiło, że Karolina zamknęła kluczyki w samochodzie. Każdy już przygotowywał się noclegu na stołach piknikowych, oczywiście bez przykrycia, gdy okazało się, że kluczyk utknął w szparze pomiędzy klapą, a rynienką bagażnika. Dzięki bogu, moje fantastyczne zdolności manualne nie przeszkodziły mi przy próbie wyciągnięcia kluczyków kawałkiem gałązki i po około 15 minutach groźba noclegu na deszczu się oddaliła.
i więcej:
Półwysep Coromandel i Hot Water Beach
Plan jaki sobie założyliśmy na początek to ominąć Auckland (które jak słyszeliśmy, nie jest szalenie ciekawe) i udaliśmy się przypadkowo na półwysep Coromandel. Przypadkowo o tyle, że było to pierwsze miejsce po drodze gdzie mieliśmy znaleźć coś ciekawego. Miał być piękny busz, jedne z lepszych plaży, przyjazne górki i relatywne odosobnienie. Szkoda tylko, że w tym zestawie nie było też dobrej pogodny, bo jak na złość wylosowaliśmy tego dnia przelotne deszcze.
Na sam początek odwiedziliśmy Coromandel Forest Park. W planach była kąpiel w strumieniu i ogólne rozkoszowanie się krajobrazem. Z tych rzeczy udało nam się zrealizować tylko to drugie, gdyż woda w strumieniu okazała się być nie cieplejsza niż ta która wypływa obecnie w Warszawie z pękniętej rury : )
Na całe szczęście jedną z okolicznych atrakcji okazała się być tzw. Hot Water Beach. Plaża pod którą przepływają strumienie z gorącą wodą. By do tej wody się dostać należy tylko poczekać na odpływ znaleźć miejsce z wypływającym strumieniem i wykopać w sobie w piasku wannę by móc rozkoszować się w pełni naturalnym Spa.






Kilka zdjęć z innego aparatu w bonusie:





Na sam początek odwiedziliśmy Coromandel Forest Park. W planach była kąpiel w strumieniu i ogólne rozkoszowanie się krajobrazem. Z tych rzeczy udało nam się zrealizować tylko to drugie, gdyż woda w strumieniu okazała się być nie cieplejsza niż ta która wypływa obecnie w Warszawie z pękniętej rury : )
Na całe szczęście jedną z okolicznych atrakcji okazała się być tzw. Hot Water Beach. Plaża pod którą przepływają strumienie z gorącą wodą. By do tej wody się dostać należy tylko poczekać na odpływ znaleźć miejsce z wypływającym strumieniem i wykopać w sobie w piasku wannę by móc rozkoszować się w pełni naturalnym Spa.
Kilka zdjęć z innego aparatu w bonusie:
Nowa Zelandia - Północna wyspa
Pogoda na północy nie rozpieszczała nas niestety. Mimo, iż w dzień bywało dosyć ciepło to wieczorami temperatura spadała drastycznie, a w dodatku zwykle przez całe dnie padało przelotnie. Ostatecznie - jako, że były nas 3 osoby plus Pyzula - okazało się, że każdy ma inny pomysł na podróż więc w drodze kompromisu nie zadowoliliśmy nikogo, a dodatkowo tak się złożyło, że nie zobaczyliśmy najlepszych miejsc na wyspie (którymi w moim mniemaniu są wulkan Taranaki i Tongarirro National Park. Niemniej Nowa Zelandia okazała się na tyle wspaniałomyślna, że i tak wynagrodziła nam te niedociągnięcia na tyle, że śmiało już teraz na początku napisze. Wybieracie się na wakacje? Zapomnijcie o Australii! Przyjeżdżajcie od razu do Nowej Zelandii! Nie dość, że tu jest o wiele bardziej urokliwie to jest jedna podstawowa zaleta podróżowania po tym kraju - Od atrakcji do atrakcji nie trzeba jechać przez trzy dni. Co 50 kilometrów czeka na nas co najmniej zapierający dech w piersiach krajobraz. To bez wątpienia kraj w którym jest najwięcej pięknych krajobrazów w przeliczeniu na km2! Dodatkowym plusem jest to oczywiście też to, że jest tu nieznacznie taniej. No ale o wszystkim napisze po kolei…









Latająca sala gimnastyczna
Przyszedł nareszcie czas na lot nowym a380. Dwa piętra, 800 pasażerów - to prawie dwa razy więcej niż największy do tej pory samolot B747. Spacer po dolnej kabinie do ostatniej toalety przypominał mi wyprawę do wagonu restauracyjnego w nocnym pociągu do Zakopanego. Idzie się i idzie… W środku schody na górne piętro niczym z domu Caringtonów z “Dynastii” : ) Wszystko co na górze pozostaje na razie dla nas niespodzianką, przynajmniej do połowy lutego bo korzystając z uzbieranych punktów zrobiliśmy sobie małą niespodziankę i zafundowaliśmy sobie na powrót “bizness class”. Będzie to pierwszy raz gdy przekonamy się po co ludzie płaca za bilet 10 razy więcej niż potrzeba.
Tymczasem ciut o locie. A380 dowiózł nas do celu, nie jak samolot tylko bardziej jak statek powietrzny. Ma się trochę takie wrażenie bo bardzo powoli odrywa się od ziemi i jest tak skutecznie wytłumiony, że w środku panuje prawie absolutna cisza. Dodatkowo zgrabnie tłumił wszystkie turbulencję bo gładziutko i bez problemów dotarliśmy do celu. Tuż przed lądowaniem trafiła nam się jednak mała - zwana przez mnie - “urwana winda” ( wyróżniam dwa typy turbulencji - w/w i tzw.“traktorem po bruku”, plus trzepnięcie pioruna które nazywać zawsze będę trzepnięciem pioruna : ) i mam nadzieje, że więcej nam się nie trafi), ale ogólnie lot można uznać za udany.
Tymczasem ciut o locie. A380 dowiózł nas do celu, nie jak samolot tylko bardziej jak statek powietrzny. Ma się trochę takie wrażenie bo bardzo powoli odrywa się od ziemi i jest tak skutecznie wytłumiony, że w środku panuje prawie absolutna cisza. Dodatkowo zgrabnie tłumił wszystkie turbulencję bo gładziutko i bez problemów dotarliśmy do celu. Tuż przed lądowaniem trafiła nam się jednak mała - zwana przez mnie - “urwana winda” ( wyróżniam dwa typy turbulencji - w/w i tzw.“traktorem po bruku”, plus trzepnięcie pioruna które nazywać zawsze będę trzepnięciem pioruna : ) i mam nadzieje, że więcej nam się nie trafi), ale ogólnie lot można uznać za udany.
czwartek, 14 stycznia 2010
Blue Mountains, Jenolan Caves & g’bye OZ
Ostatnie dni w Australii spędziliśmy ponownie w Sydney. Raz wybraliśmy się do miasta, a drugi w pobliskie góry - Blue Mountains. Góry (w zasadzie to bardziej kaniony) są niebieskie bo pokryte są całkowicie lasem eukaliptusowym. Gdy jest ciepło to olejki eteryczne parują z eukaliptusowych liści tworząc nad lasem niebieską poświatę. Widoki piękne i jedyne w swoim rodzaju - w zasadzie to niewiele jest już miejsc na świecie gdzie można popatrzeć prosto w przestrzeń która zorganizowana jest bez ingerencji człowieka. Na koniec dnia udaliśmy się jeszcze dalej do Jenolan Caves. Jaskinie jednak jak jaskinie, najpiękniejsze w nich było położenie, w środku jednak było dosyć pustawo i niewiele czekało na nas atrakcji. Do tego przemarzliśmy okrutnie. Dzień jednak w pełni udany był naszym pożegnaniem z Australią. Już za kilka godzin lecimy do NZ.
Przez ostatnie półtora miesiąca przejechaliśmy po Australii ponad 10 000km. Żałujemy mimo wszystko że nie udaliśmy się do Uluru - następnym razem. Choć nie ma tu w zasadzie atrakcji które powalają na kolana to chętnie tu wrócimy bo miło przebywać wśród permanentnie zadowolonych i bezinteresownie życzliwych ludzi. Dla mnie absolutnie największą atrakcją jest pustka/brak ludzi na outbacku. Australia mimo iż droga (straciłem rachubę więc kosztorys uzupełnię dopiero z czasem) z pewnością warta jest odwiedzenia.





Przez ostatnie półtora miesiąca przejechaliśmy po Australii ponad 10 000km. Żałujemy mimo wszystko że nie udaliśmy się do Uluru - następnym razem. Choć nie ma tu w zasadzie atrakcji które powalają na kolana to chętnie tu wrócimy bo miło przebywać wśród permanentnie zadowolonych i bezinteresownie życzliwych ludzi. Dla mnie absolutnie największą atrakcją jest pustka/brak ludzi na outbacku. Australia mimo iż droga (straciłem rachubę więc kosztorys uzupełnię dopiero z czasem) z pewnością warta jest odwiedzenia.
Nowy towarzysz w podróży i znowu Melbourne
Na początku stycznia dołączyła do nas nasza przyjaciółka która od tej pory będzie towarzyszyć nam przez 3 tygodnie. Wspólnie postanowiliśmy się wybrać się powrotem do Melbourne. Jak się jednak okazało trasa pomiędzy tymi dwoma miastami należy chyba do najsłabszych w Australii bo po drodze praktycznie nic ciekawego nie ma. Mieliśmy za to wystarczająco czasu by uaktualnić swoje wiadomości w kwestiach plotkarskich czyli co gdzie i u kogo się dzieje. Bezcenne.
Po drodze do Melbourne odwiedziliśmy plaże na której było okrutnie zimno, wioskę która specjalizuje się w poławianiu ostryg, a następnie w drodze powrotnej Canberrę - nudnawą mieścinę z fantastycznymi muzeami (wiem, brzmi to niesamowicie). To są właściwie jedyne punkty warte wspomnienia. W Melbourne gdzie podczas naszego pobytu było z 40 stopni zeszliśmy wzdłuż i wszerz po raz kolejny oraz wybraliśmy się do miejscowego akwarium które jednak oprócz ekspozycji z pingwinami okazało się dosyć kiepskie - połowa wystawy wyglądała jakby je zorganizowało warszawskie zoo.
Pogoda w Australii to mógłby być temat na oddzielnego posta, ale wspomnę tylko że doprowadza mnie ona do szału. W ciągu dnia potrafi być tu 40 stopni, ale o 19 wieczorem tego samego dnia potrafi się zrobić stopni 15. Jest zwykle albo zimno albo gorąco. Jednym słowem beznadziejnie. To jest jakiś rodzaj wprowadzania ludzi w błąd gdy wspomina się, że tu jest gorąco. Owszem zdarza się, ale letnia pogoda u nas jest o wiele przyjemniejsza i bardziej przewidywalna.






Possum z ogródka
Po drodze do Melbourne odwiedziliśmy plaże na której było okrutnie zimno, wioskę która specjalizuje się w poławianiu ostryg, a następnie w drodze powrotnej Canberrę - nudnawą mieścinę z fantastycznymi muzeami (wiem, brzmi to niesamowicie). To są właściwie jedyne punkty warte wspomnienia. W Melbourne gdzie podczas naszego pobytu było z 40 stopni zeszliśmy wzdłuż i wszerz po raz kolejny oraz wybraliśmy się do miejscowego akwarium które jednak oprócz ekspozycji z pingwinami okazało się dosyć kiepskie - połowa wystawy wyglądała jakby je zorganizowało warszawskie zoo.
Pogoda w Australii to mógłby być temat na oddzielnego posta, ale wspomnę tylko że doprowadza mnie ona do szału. W ciągu dnia potrafi być tu 40 stopni, ale o 19 wieczorem tego samego dnia potrafi się zrobić stopni 15. Jest zwykle albo zimno albo gorąco. Jednym słowem beznadziejnie. To jest jakiś rodzaj wprowadzania ludzi w błąd gdy wspomina się, że tu jest gorąco. Owszem zdarza się, ale letnia pogoda u nas jest o wiele przyjemniejsza i bardziej przewidywalna.
Possum z ogródka
Subskrybuj:
Posty (Atom)