sobota, 1 sierpnia 2009

Intramuros - prawie stare miasto.

Nie chcąc zmarnować czasu spędzonego w Manili trzeba było się gdzieś wybrać na tzw, zwiedzanie. Przewodnik specjalnie wielu miejsc nie wskazywał więc padło na największą dzielnicę starego miasta zwaną Intramuros. Podróż Jepneeyem nie trwała długo, a chcąc zaszaleć na miejscu, zagadnięci przez dorożkarza, zdecydowaliśmy się na przejażdżkę po okolicy. Przejażdżka miała trwać 45 minut jednak jak się okazało już po 5 nie bardzo było co pokazywać. Co więcej dorożkarzowi bardzo zależało na tym żebyśmy wysiadali i "podziwiali", czymś te obiecane 45 minut musiał wypełnić. Z nas, wiadomo marni turyści, nie specjalnie chętnie się na to godziliśmy, tym bardziej, że Pyzula usnęła, a wydostanie się z dorożki było raczej karkołomnym zadaniem. Dzień zwiedzania można było jednak odhaczyć, choć więcej atrakcji niż starówka, dostarczyło nam obserwowanie i dziwienie się, że takie miasto może wogóle funkcjonować. Ah, zapomniałem dodać, że wokół murów starówki, wśród otaczającej biedy i nędzy, wybudowane zostało pole golfowe gdzie najpewniej turyści doskonalili swoje umiejętności wbijania piłeczki do dołka za pomocą nieporęcznego długiego kijka.








piątek, 31 lipca 2009

Mój Jeepney, moja duma.

Skąd tyle rupiecia się wzięło w tym kraju to trudno mi powiedzieć. Jeepney'e są jednak wszędzie. To stare samochody to często pozostałość po wojskowych samochodach armii USA z drugiej wojny światowej. No ale niemożliwe żeby ich tyle zostało z tamtych czasów. Jeepney'e są bowiem wszędzie w całym kraju w ogromnych ilościach. Są ich dziesiątki tysięcy.To samochody nie eksploatowane tylko zajeżdżane, często po drogach i w takich warunkach, że wątpię czy europejski 4x4 by temu podołał. Bądź co bądź są jednak piękne i osobiście będąc filipińczykiem złożyłbym petycje by Jeepney'a umieścić w godle kraju. Petycje uzasadnioną bo pewny jestem, że jest to jedno z pierwszych skojarzeń tego kraju każdego kto był tu choć raz.





Miasta brzydkie że aż oczy bolą.

Na Filipiny dotarliśmy szczęśliwie lecz nic innego na lotnisku nie udało nam się znaleźć jak autobus do Manili. No nic, stolice trzeba zobaczyć. Cóż to jednak za stolica! W Metro Manila mieszka przecież ok 14 mln ludzi. Około, a może i jeszcze więcej bo nikt nie jest w stanie zliczyć tych ludzi. Manila to miasto z tektury i śliny zlepione. To widoki których nie wiadomo czy należy się bać od razu czy dopiero za chwilę jak się będzie miało okazję z tą materią zetknąć bezpośrednio. Manila to pierwsze nasze doświadczenie miejsca gdzie nie widać biednych i bogatych. Tam widać wyłącznie biednych! Całe hektary lepianek i miejsc do których zdrowy na umyśle człowiek nie powinien się udać. Każdy sklep wyposażony w ochroniarza z nożem, pałką i pistoletem lub strzelbą. Sprawiało to wrażenie jakby ta cała bieda od czasu do czasu próbowała wtargnąć do środka, a ochrona dla przykładu odstrzeliwała co któregoś dla przykładu. Wrażenie jednak nie do końca prawdziwe bo wszyscy ci żebracy włóczący po ulicach byli nad wyraz wstrzemięźliwi. Nikt nie szarpał za rękaw, nie dotykał nawet co pozwalało czuć się całkiem swobodnie w tym mieście. Zaznaczam, że nie staraliśmy się specjalnie zapędzić w najgorsze miejsca, choć kilka razy udało nam się w takowe trafić.
Kto chciałby się doszukać piękna w architekturze etc. też raczej wiele oczekiwać nie może. Choć z pewnością miasto specyficznym nazwać można, choćby dlatego że wszystkie druty i kable, gumowe rurki z wodą sikające wokoło, etc nie są zakopane w ulicy tylko wiszą swobodnie niczym pajęczyny nad ulicami miast. A po ulicach oprócz ludzi dzielnie maszerują kury i koguty. Brzydkie to miasto jest na tyle, że się z niego nawet szczury wyprowadziły.
A ilu widzieliśmy białych turystów?Oj wielu! Niestety jednak 90% to podstarzałe ślepe, kulawe, garbate etc. dziady szczęśliwie maszerujące z Filipinką pod pacha często w wieku ich prawnuczki. Z początku wydawało mi się to straszne jednak po pewnym czasie zauważyłem, że "te" filipinki to raczej nie są "te" ładniejsze filipinki. Układ zaczął wydawać się bardziej przejrzysty. Te staruchy szukają tam dziewczyn które mogą "kochać". Każdy z nich w swoim kraju to najprawdopodobniej odrzucony i samotny człowiek. Tam natomiast to zadowoleni z życia ludzie. Co więcej te dziewczyny też sprawiają wrażenie zadowolonych. Układ może i nieco okrutny i ciężko mi samemu uwierzyć, że to piszę, ale taki mezalians pozwala jednemu dożyć szczęśliwie swoich dni, a drugą stronę ratuje najprawdopodobniej przed tą okrutną nędzną jakiej świadkiem jest każdy kto odwiedzi tutaj większe miasto. Wydaje mi się, że nie działa to na zasadzie "będziesz moja utrzymanką" tylko na zasadzie równości. Tym dziewczynom nikt inny po prostu nie jest tutaj w stanie zapewnić poczucia bezpieczeństwa. To może i tragiczna sytuacja, ale już nie taka smutna.





Strachy na lachy.

Gorączka Pyzuli to z pewnością dla nas ciekawe doświadczenie. Jak wszyscy już pewnie wiecie była to tzw. trzydniówka którą przechodzi znakomita większość maluchów w wieku 6-24 miesiąca:
Trzydniówka
Ale jednak istniało spore prawdopodobieństwo, że to może być co innego. W końcu o tym że to trzydniówka dowiedzieliśmy się dopiero na koniec po pojawieniu się wysypki. Nie ukrywam, że trochę strachu się najedliśmy, choć dokładnie jak w wymienionym opisie nie było widać specjalnych oznak choroby po Pyzuli. No może oprócz okrutnego płaczu jakim nas uraczyła przez dwa wieczory. Jak na złość byliśmy prawie na końcu świata, z teoretycznie wątpliwą opieką medyczną (choć jak się okazało szpitalik nie wyglądał gorzej niż co niektóre w Polsce). Jako znany panikarz już prawie rezerwowałem samolot do Singapuru :) Wyczytaliśmy jednak w internecie, że gorączka u takich maluchów jest dosyć powszechna i nie ma się nią co zbytnio przejmować dopóki nie przekroczy 40 stopni. U nas gorączka nie przekroczyła nawet 38,7 więc postanowiliśmy zachować zimną krew. Skończyło się jedynie na kilku czopkach z paracetamolem. Gdy jednak okazało się, że nie ma się co martwić, a Pyzula obudziła się rano bez gorączki tylko z wysypką czym prędzej udaliśmy się w jeszcze bardziej odległe i niedostępne miejsce (o czym później) w pełni mając świadomość, że chyba jesteśmy niepoważni :)

niedziela, 26 lipca 2009

Utknelismy na dobre (bez PL znakow :)

Dzis krotko i bez zdjec. Dotarlismy na Filipiny o ktorych na pewno duzo napisze w swoim czasie. Jak tylko uda mi sie polaczyc z internetem ze swojego laptopa :) Na razie utknelismy w pieknym miejscu:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Tarasy_ry%C5%BCowe_w_Banaue
Utknelismy bo Pyzula dostala goraczki (prawdopodobnie od klimatyzacji w autobusie)i zamiast zwiedzania spedzamy czas raczej stacjonarnie w pokoju. Wioska w ktorej jestesmy jest zamieszkiwana przez poltora tysiaca mieszkancow. Prad jest dostarczany tutaj metoda przerywana, podobnie jak woda. Zostajemy tu na pewno do poniedzialku, potem zobaczymy jak sie sytuacja rozwinie.

czwartek, 23 lipca 2009

Widok z okna

Zdarzyło nam się mieć już różne widoki z okna. W 4* hotelu w Atenach był to klimatyzator i okno sąsiada w studni 1x1m. Tutaj widoki są trochę inne, a nawet można stwierdzić, dużo bardziej atrakcyjne.

środa, 22 lipca 2009

Raj dla kierowców

Ropa w Brunei kosztuje ok 60gr, benzyna 1-1,1PLN. Butelka wody 2PLN. Podobnie zresztą jest na całym Borneo i Filipinach gdzie cena benzyny nie przekracza 1,8PLN. To daje nam tylko wyobrażenie o tym jak nasz wspaniały europejski system nas "goli" :)


Miri - Brunei - KK

Długo nic nie napisaliśmy bo cały czas byliśmy w drodze.Wieczorami też nie dany był nam dostęp do internetu ponieważ "luksusowe" hotele w których nocowaliśmy nie oferowały takiej opcji. W "luksusowych" hotelach było na tyle luksusowo, że trzeba było w klapkach do łazienki wchodzić :)
Wylądowaliśmy w Miri w którym jak się okazało nie ma nic ciekawego prócz samolotów do parków narodowych położonych w głąb Borneo. Najbardziej charakterystycznym elementem tego miasta był szeroki wybór hoteli wątpliwej jakości w cenach wcale niespecjalnie zaniżonych (ok.50pln). Co który żeśmy odwiedzili to sprawiał wrażenie gorszego. W znakomitej większości syf nie do przyjęcia. To jakby ktoś oferował kawałek podłogi na centralnym - oczywiście przed sprzątaniem - bo nie mamy co do tego wątpliwości, że bród w niektórych miejscach starszy był od naszych rodziców. Udało nam się jednak w miarę szczęśliwie przenocować i wyruszyliśmy do Brunei Darussalam. Brunei to kraj ropą i ropą płynący, spodziewaliśmy się więc czegoś w rodzaju UAE. Niemała była więc to dla nas niespodzianka, że całe to bogactwo podszyte jest nędzą i to gorszą niż w sąsiedniej Malezji. Mało powiedziane - ten kraj to Ukraina. Co prawda od czasu do czasu między ruderami i wątpliwej jakości domkami wypatrzyć można coś lepszego, ale w żadnym wypadku nie przyszłoby mi podejrzewać ten kraj o bogactwo. Ponoć sułtan Brunei w swoim czasie był najbogatszym człowiekiem na ziemi. To wszystko może tłumaczyć - niestety "swoich" pieniędzy nie postanowił zainwestować w kraju i pewnie trzyma je w banku w amerykańskich T-Bondach, a ciemnemu ludowi każe się wychwalać pod niebiosy. Tak właśnie wychwalać. Na każdym rogu, budynku dosłownie wszędzie wisi plakat z sułtanem wieszczący jego 63 urodziny. Zdjęć sułtan sobie robić nie lubi bo zdjęcie z z plakatów jest sprzed 20 lat :) W samym Brunei nic kompletnie ciekawego nie ma oprócz dużego meczetu z wieżą 44 metry (ok.14 piętrowy blok?). Islamic Bank nieopodal wybudował sobie trochę wyższy wieżowiec, ale sułtanowi się nie spodobało i kazał zburzyć ostatnie piętro! Jednak jak na stricte islamski kraj, gdzie alkohol nie tyle jest drogi co go wogóle nie ma, odnieśliśmy wrażenie, że ludzie są bardziej "wyluzowani" w tych sprawach (Karolina prowadzi islamski barometr na podstawie podejścia ludzi do karmienia piersią na ulicy:)
Z Brunei udaliśmy się na bezcłową wyspę Labuan gdzie planowaliśmy zatrzymać się na noc po czym porannym promem udać się do Kota Kinabalu skąd po południu mieliśmy lot na Filipiny. Okazało się jednak, że poranny prom jest odwołany, a kolejnym nie wyrobimy się na samolot. Musieliśmy więc płynąć tego samego dnia i nie do KK (brak już było promów) tylko do Menumbok na lądzie, 150 km od KK. Dziwny tu zwyczaj, ze po szesnastej wszyscy mają fajrant i nikt już nie pracuje, komunikacja miejska zamiera. Szparko więc nabyłem odpowiednią ilość trunku by wynagrodzić sobie tak długi post :) i ruszyliśmy dalej. Menumbok to dziura zabita dechami gdzie tylko kilka domków stoi i jest niewielka przystań. Speedboat który nas tam zabrał okazał się być nie tyle promem co zwykłą zdezelowaną motorówką do której załadowano 10 osób. Na brzegu o tej porze oczekuje już tylko mafia taksówkowa z "fixed price" ale i tak udało nam się utargować cenę do KK na 50RM (<50PLN). Czekaliśmy na zapełnienie busa co prawda ze dwie godziny, ale jak się okazało zapłaciliśmy mniej niż miejscowi (30RM/os). Po całym dniu podróży dotarliśmy do KK ok 22. Miasto przywitało nas tym co już z Borneo znaliśmy (kiepskimi hotelami) i tym co dopiero będziemy mieć okazję poznać na większą skalę na Filipinach (prostytucją). Podobało nam się jednak bardziej niż Penang, co będziemy mieć okazję potwierdzić po powrocie z Filipin. Tutaj bowiem zatrzymamy się na trochę dłużej przed wyprawą do Singapuru i na Bali.
Kolejnego dni udaliśmy się szczęśliwie na Filipiny skąd piszę tego posta. O Filipinach jednak więcej później, a jest o czym pisać.
















Owocowa biesiada.

Poczęstowani przez naszych hostów w KL dziwnym owocem postanowiliśmy pójść za ciosem i zrobić sobie fruit tasting. Udało się połowicznie - 3 na 5 kupionych przez nas owoców nadawała się do zjedzenia na surowo, wiadomości o jednym nie znaleźliśmy nawet w internecie, ostatni śmierdział ordynarnie(choć to chyba najpopularniejszy owoc w azji) Postanowiłem napisać tego posta teraz bo już po kilku dniach nie jestem w stanie sobie przypomnieć niektórych nazw. Owoców nieznanego przeznaczenia w tutejszych supermarketach w każdym razie nie brakuje.

Nasza top lista:
- Durian -zapach azji wziął się prawdopodobnie od tego owocu. Śmierdzi to zwykłą kupą, a zapach ten jest po prostu wszechobecny.
- Mangosteen - smakuje trochę jak lechee, nasz smakowy faworyt.
- Starfruit - b. soczysty i umiarkowanie słodki, ale naszych serc nie podbił.
- Zapomniałem nazwy, ale podobny do rambutana - również dobry, środek podobny do manogosteen'a.Posiada jedną przewagę nad rambutanem: "nie śmierdzi rozkładającym się mięsem"
- Ostatnie to takie siwe wisienki były. Oj nie przygotowałem się kompletnie, nazwa też mi wypadał z głowy. Jedyne co mi pozostaje to ogłosić konkurs na zapomniane nazwy:)
Kto zwycięży ten otrzyma od nas pocztówkę!





Cytaty cd. Jean Liedoff

Dziś co prawda nie pada, ale skoro obiecałem co jakiś czas cytat to muszę dotrzymać obietnicy :)


Powszechnie stosowane metody pochwały i nagany sieją spustoszenie w
motywacji dzieci, szczególnie u tych najmłodszych. Wyrażenie zdziwienia, iż
dziecko zachowało się zgodnie z instynktem społecznym, gdy robi coś pożytecznego,
jak na przykład samodzielnie się ubiera lub karmi psa, przynosi bukiet polnych
kwiatów lub lepi popielniczkę z kawałka gliny, jest w najwyższym stopniu
zniechęcające. „Ale dobra dziewczynka!", „Spójrz, co George zrobił zupełnie
sam!" i podobne wykrzykniki implikują, że instynkt społeczny jest czymś
nieoczekiwanym, nieswoistym i niezwykłym. Może jego rozum będzie zadowolony,
lecz uczucia zaniepokoją się faktem, iż nie zrobiło tego, czego odeń oczekiwano
i co czyniłoby zeń najprawdziwszą część jego kultury, plemienia i rodziny.
Nawet wśród dzieci stwierdzenie: „O rany, zobacz, co Mary zrobiła w szkole!",
wypowiedziane na dodatek ze zdziwieniem, sprawi, że Mary poczuje się niemile
wykluczona z grona towarzyszy zabaw. Równie dobrze mogliby stwierdzić tym
samym tonem: „O rany, ale Mary jest gruba!" lub chuda, wysoka, niska, bystra
lub głupia, ale jakoś nie taka, jaka być powinna. Nagana, zwłaszcza jeśli wzmocniona
stwierdzeniem: „Ty zawsze to robisz", jest dlatego tak destruktywna, bo
zawiera sugestie, iż należało się spodziewać aspołecznego zachowania. „To takie
do ciebie podobne - zgubić chusteczkę" „On jest taki psotny", bezradne wzruszenie
ramion, zakamuflowane oskarżenie w rodzaju: „Wszyscy chłopcy są tacy
sami" zakładające, że zły charakter jest stałą cechą, jak też wyraz twarzy demonstrujący,
że złe zachowanie nie jest zaskoczeniem i działa z takim samym
katastrofalnym skutkiem, jak zdziwienie lub pochwała za zachowanie zgodne z
instynktem społecznym.

Czemu tak mało piszemy o Poli?

Bo i nie ma o czym pisać. Pola ma się świetnie i jest zachwycona, nie ma więc za bardzo sensu pisać, że dziś miała drzemkę o 13 i 17 i że zjadła banana :) To jest naprawdę niesamowite bo sami się nie spodziewaliśmy, że będzie tak łatwo! Zwłaszcza, ze Pola nie należy do tych "bezobsługowych" dzieci. Cały czas musi coś robić, oglądać, przekładać w rączkach. Im mamy bardziej napięty grafik tym Pola jest bardziej zadowolona. Cały dzień w podróży to jest to co lubi najbardziej. Tylko sobie ogląda co jest dokoła i odwzajemnia uśmiechy miejscowych ludzi którzy ją zaczepiają. Za to nie lubi za długo siedzieć w hotelu. Przyczyna jest prosta - w hotelu jest nudno i nic się nie dzieje.



Gdzie są pasy w KL?

Ruchliwe 3 pasmowe ulice, brak przejścia, strach się pchać między samochody bo niezbyt chętnie się zatrzymują. Ale pasów nie ma w zasięgu wzroku. Pytamy miejscowego gdzie możemy przejść przez ulicę? - gdzie chcecie pada odpowiedź. Pasów tutaj nawet nikt nie pofatygował się namalować. To znaczy są pasy w centrum i nawet światła, ale nikt nie specjalnie zdaje się zwracać na nie uwagę, a dla niekótrych namalowano nawet pasy w poprzek skrzyżowania.

Czym się różni wróbelek? Tym, że ma jedną nóżkę bardziej.

Podobnie jedną nóżkę bardziej ma KL. Wikipedia podaje, że w KL mieszka 1,5 mln ludzi - to tak jak w Warszawie. Niby w całym okręgu podobno 4 miliony, ale nie jest to przecież, aż taka różnica. Przecież my mieszkamy w europie, a nie azji południowo wschodniej! A jednak porównywać KL do Warszawy to prawie jakby porównać Garwolin do tej drugiej. No niestety to miasto prezentuje się jako metropolia! Są miejsca lepsze są gorsze, te lepsze są lepsze niż jakiekolwiek w Warszawie, te gorsze są gorsze ale to jest też pewnie kwestia oceny kulturowej. Malezja prawdopodobnie ma mały demograficzny problem z brakiem pomysłu zagospodarowania ludzi starszych którzy często trochę straszą biedą na ulicy, ale nie oszukujmy się - emeryci w Polsce z emeryturą 800pln nie są w lepszej sytuacji, tyle że się mniej w oczy rzucają. Wszystko tu jednak podlega ambiwalentnej ocenie - niektóre rzeczy są dużo droższe inne dużo tańsze. Rozumiem, że piwo 0,3 po 9 złotych w sklepie to dla muslimskiej większości zapora do nie picia, ale czy czekolady (8pln) też religia jeść zabrania??? Podsumowując KL to miasto w którym nie warto zatrzymać się dłużej na dłużej niż 3 dni, tyla samo pewnie wystarczy by "zwiedzić" Warszawę, ale KL ma tą przewagę, że sprawia wrażenie metropolii, czegoś potężnego i różnorodnego, a u nas nuda...
Nawiązując do jednego z pytań, czym ta jedna nóżka bardziej się charakteryzuje, odpowiadam: w Malezji nie ma unii, a są autostrady i drogi z prawdziwego zdarzenia, jest kolejka naziemna i inne infrastrukturalne dogodności których u nas brakuje. Historia wcale nie jest dla nich bardziej korzystna, a jednak udaje się. Nie wiem czy wszyscy kombinują jak w Polsce gdzie by tu tylko trochę publicznych pieniędzy podprowadzić, ale nawet jeśli już znajdą się tacy co podprowadzają to na tyle umiejętnie by nie popsuć efektów. Ileż to ceregieli wiąże się dla przykładu w powstaniem nowego terminalu na naszym lotnisku na Okęciu. "Oni" mają taki w kilkudziesięciotysięcznym mieście Miri czy Kota Kinabalu.