poniedziałek, 7 września 2009
Gili Islands
Siedząc w domu w ponury zimowy wieczór każdy normalny człowiek wyobraża sobie małą tropikalną wyspę z białym piaskiem na którą najchętniej już w następnej sekundzie by się przeniósł. To Gili Islands. 3 piękniutkie wysepki z których każdą można dookoła obejść w mniej niż godzinę, kilka kilometrów od brzegów Lombok. Są nie tylko piękne, ale charakteryzują się przede wszystkim tzw. Holiday Flow. Nikt się tam nie zapodział w innym celu jak w celach relaksu, a miejscowych jak na lekarstwo i służą tylko do obsługi zagranicznych wycieczkowiczów. I choć ceny nieprzyzwoicie wygórowane to nie bez powodu. W tym miejscu łatwo się przepłaca. Rano śniadanie na plaży, odpoczynek na leżaku przy muzyce, potem można popływać z rurką oglądając kolorowe rybki, następnie w dwadzieścia minut rowerem dookoła wyspy i elegancki obiad w fantastycznie wygodnych wiklinowych fotelach na plaży, cena równie pięciogwiazdkowa jak serwis. Po południu 20 stron książki i dwie długości basenu w ramach relaksu a potem dwa nury - gonimy płaszczki i rekiny. Wieczorem dancing i piwo. Taki plan można zrealizować już za jakieś 600PLN dziennie, ale co tam - warto. Tylko ta słona woda w kranie denerwuje.







Sengiggi, Lombok, Indonezja.
Senggigi to niewielki kurorcik na Lombok. Plaża dosyć ładna, woda błękitna, można posnorklować (czy jakkolwiek się to pisze) przy brzegu bez użycia łódki, dobry przystanek nawet na kilka dni. Jest tu mnóstwo możliwości zakwaterowania od kilku olbrzymich i naprawdę drogich kurortów do “homestayów” gdzie właściciel ci smaży naleśniki. Przy głównej ulicy mnóstwo restauracji, podwózka wozem z wychudzonym konikiem możliwa dosłownie z każdego miejsca, taksówki, tysiąc chłopców z koralami… gdyby to było w naszym kraju to raj, ale czegoś tu brakuje. Brakuje turystów. Mimo, że sezon, to wiatr tu hula po hotelowych apartamentach. Każdy miejscowy spragniony widoku turysty jak deszczu. A ci nie przyjechali bo są najprawdopodobniej na Bali. Ceny tam w restauracjach o połowę niższe. Hotel tu może i nie najdroższy, ale już na wejściu pan ostrzega, że mułła trąbi w nocy każdemu do ucha, co by z rana do niego z reklamacją się nie fatygować. Ale i tak warto wpaść poleżeć samemu na plaży. Prawie samemu.


Chamstwo na całego.
Niezależne podróżowanie ma wiele zalet. Ma też z pewnością wiele minusów. Na przykład nie ma do kogo mieć pretensji. Nie można też żywić się myślą, że po powrocie wysmarujemy piękne zażalenie, że nasz kurort nie spełniał naszych oczekiwań: w pokoju śmierdziało, telewizor odbierał tylko jedną stację - karaoke mułły ze śpiewką z meczetu, i w ogóle wszystko na zdjęciach wyglądało inaczej.
Postanowiliśmy udać się w podróż na wschód. Cel bliżej nie sprecyzowany - pierwsza stacja Lombok. Po 5 godzinnej podróży promem zdecydowaliśmy się na nocleg w porcie w Lembar, zamiast nocne poszukiwanie transportu (zwłaszcza że nie ma czegoś takiego jak transport publiczny po zmroku). Po opuszczeniu promu rzuciło się na nas kilkunastu kierowców busików. Każdy krzyczał i sam sobie odpowiadał w naszym imieniu. Bagaż trzeba było mocno trzymać, żeby za chwilę nie wylądował w czyimś samochodzie. Ludzie mało co się nie biją. Ceny rzucają z kosmosu, nawet jak na europejskie warunki, ale nie negocjujemy bo mamy zamiar przecież zostać na noc w porcie. Milion kłamstw po drodze - hotel przepełniony, nie ma prądu musicie jechać dziś dalej, do hotelu 5 kilometrów etc. Spływa to po nas jak po kaczce. Cena spada z 400k rupii do 50k za osobę. Nie mamy jednak i tak zamiaru ciągnąć się po nocy, a następnie szukać hotelu w nowym miejscu. A może jednak było warto?
Dochodzimy do hotelu. Wiatr tu hula po kątach. Dostajemy ciemny pokój z dwoma żarówkami 5w. Jedna z nich przepalona. Pościel jakaś nie taka, ale trudno coś wypatrzyć w tym świetle. Ale skąd na niej piasek? Przyglądamy się bliżej, i nabieramy pewności co do tego, że nie tylko nie jest ona zmieniona dziś. Prawdopodobnie nie była zmieniona z miesiąc! Właścicielka po zwróceniu uwagi stwierdza tylko: - o faktycznie, zapomniałam! I przynosi nową. Długo sprawdzamy czy i ta nadaje się do użycia. Nie raz jej się chyba zapomina, bo przeprosić czy wytłumaczyć się też zapomniała.
A więc, nie wszystkich doświadczeń z podróży po Azji należy nam zazdrościć. Na szczęście i tak mamy ze sobą dwie poszewki w których, przy najmniejszych wątpliwościach co do stanu pościeli, śpimy. I choć większość miejsc jest jednak w dobrym stanie to nie da się takich sytuacji i wydarzeń kompletnie wyeliminować. Życzcie nam więcej szczęścia na przyszłość.


Postanowiliśmy udać się w podróż na wschód. Cel bliżej nie sprecyzowany - pierwsza stacja Lombok. Po 5 godzinnej podróży promem zdecydowaliśmy się na nocleg w porcie w Lembar, zamiast nocne poszukiwanie transportu (zwłaszcza że nie ma czegoś takiego jak transport publiczny po zmroku). Po opuszczeniu promu rzuciło się na nas kilkunastu kierowców busików. Każdy krzyczał i sam sobie odpowiadał w naszym imieniu. Bagaż trzeba było mocno trzymać, żeby za chwilę nie wylądował w czyimś samochodzie. Ludzie mało co się nie biją. Ceny rzucają z kosmosu, nawet jak na europejskie warunki, ale nie negocjujemy bo mamy zamiar przecież zostać na noc w porcie. Milion kłamstw po drodze - hotel przepełniony, nie ma prądu musicie jechać dziś dalej, do hotelu 5 kilometrów etc. Spływa to po nas jak po kaczce. Cena spada z 400k rupii do 50k za osobę. Nie mamy jednak i tak zamiaru ciągnąć się po nocy, a następnie szukać hotelu w nowym miejscu. A może jednak było warto?
Dochodzimy do hotelu. Wiatr tu hula po kątach. Dostajemy ciemny pokój z dwoma żarówkami 5w. Jedna z nich przepalona. Pościel jakaś nie taka, ale trudno coś wypatrzyć w tym świetle. Ale skąd na niej piasek? Przyglądamy się bliżej, i nabieramy pewności co do tego, że nie tylko nie jest ona zmieniona dziś. Prawdopodobnie nie była zmieniona z miesiąc! Właścicielka po zwróceniu uwagi stwierdza tylko: - o faktycznie, zapomniałam! I przynosi nową. Długo sprawdzamy czy i ta nadaje się do użycia. Nie raz jej się chyba zapomina, bo przeprosić czy wytłumaczyć się też zapomniała.
A więc, nie wszystkich doświadczeń z podróży po Azji należy nam zazdrościć. Na szczęście i tak mamy ze sobą dwie poszewki w których, przy najmniejszych wątpliwościach co do stanu pościeli, śpimy. I choć większość miejsc jest jednak w dobrym stanie to nie da się takich sytuacji i wydarzeń kompletnie wyeliminować. Życzcie nam więcej szczęścia na przyszłość.
sobota, 29 sierpnia 2009
Bromo czyli co znajdziemy w środku wulkanu.
Zapoznawszy się "na szybko" z Bali postanowiliśmy sprawdzić co obok ciekawego można znaleźć. Udaliśmy się więc czem prędzej na Javę w kierunku Bromo. Na mapie zdawało się całkiem blisko, w rzeczywiści trochę dalej - cały dzień drogi.
Warto jednak odwiedzić to miejsce bo widoki są po prostu kosmiczne. Śmiało możemy przyznać, że to chyba najniesamowitszy krajobraz jaki do tej pory widzieliśmy.








Warto jednak odwiedzić to miejsce bo widoki są po prostu kosmiczne. Śmiało możemy przyznać, że to chyba najniesamowitszy krajobraz jaki do tej pory widzieliśmy.
Piejo kury piejo.... :)
Nie ma to jak trafić z noclegiem pod meczet. Nie ma to jak trafić z noclegiem pod meczet w pierwszy dzień Ramadanu!
Jeśli komus przeszakadza w Polsce bicie dzwonów w kościele powinien udać się na wycieczkę do krajów arabskich albo tutaj do Indonezji. Probolingo hotel Bromo Permai. Tu na minaretach wiszą kiepskiej jakości głośniki. Wyje z nich wyjec cały dzień i całą noc. Szczerze powiedziawszy to z nieznanych mi przyczyn wyje w nocy o wiele bardziej niż w dzień. Nie dziw, że jednemu z drugim sie w głowach poprzewracało jak mu taki śpiewak do ucha całe życie trąbi.

Jeśli komus przeszakadza w Polsce bicie dzwonów w kościele powinien udać się na wycieczkę do krajów arabskich albo tutaj do Indonezji. Probolingo hotel Bromo Permai. Tu na minaretach wiszą kiepskiej jakości głośniki. Wyje z nich wyjec cały dzień i całą noc. Szczerze powiedziawszy to z nieznanych mi przyczyn wyje w nocy o wiele bardziej niż w dzień. Nie dziw, że jednemu z drugim sie w głowach poprzewracało jak mu taki śpiewak do ucha całe życie trąbi.
poniedziałek, 24 sierpnia 2009
Delfiny, rafa i ryżowe tarasy dwa.
Na Bali nie próżnowaliśmy. Codzień czekała na nas jakaś atrakcja. Wybraliśmy się obserwować delfiny, snorklowaliśmy (czy jakkolwiek się to pisze) nad rafą, oglądaliśmy tarasy ryżowe. Żeby obserwować delfiny wybraliśmy się o świcie łupiną w głąb morza. Dopływamy na miejsce a tam 50 podobnych łupin w drewnie wystruganych, a delfina ani jednego. Rafa okazała się nieco zniszczona przez połowy dynamitem, ale choć różnej maści rybek kolorowych nie brakowało. Za to tarasy ryżowe - mimo że bez tak złożonej 2 tysiącletniej historii - ładniejsze niż te na Filipinach.









Neverending trip.
Na Bali spotkaliśmy się ze znajomymi którzy podróżują już od ponad półtora roku i wcale nie planują swojej podróży przerwać. Polecam ich bloga zwłaszcza, że jest to jedyny blog który i ja regularnie obserwuję:
neverendingtrip
Podróżowanie przypadło nam do gustu. Nie wykluczone, że i nasza podróż zamieni się w neverending trip...
neverendingtrip
Podróżowanie przypadło nam do gustu. Nie wykluczone, że i nasza podróż zamieni się w neverending trip...
Pola from Poland.
Nadając imię Pyzuli nawet nie przyszło nam do głowy, że sprawimy tyle radości cudzoziemcom. Ileż to się niektórzy potrafią ubawić. No ale fakt brzmi to trochę śmiesznie.
Pozatym Pyzula rośnie. Oprócz tego, że wygląda jak chłopak, ma przerwę między zębami, a jej włoski wyglądają na trochę rudawe to jest szczęśliwa i zadowolona (przez większość czasu przynajmniej ;) Ma u nas ksywkę ryży Michał.



Pozatym Pyzula rośnie. Oprócz tego, że wygląda jak chłopak, ma przerwę między zębami, a jej włoski wyglądają na trochę rudawe to jest szczęśliwa i zadowolona (przez większość czasu przynajmniej ;) Ma u nas ksywkę ryży Michał.
Bali na szybko.
W Kucie wynajęliśmy nową maszynę którą czym prędzej udaliśmy się na zwiedzanie wyspy. Bali nie jest duże, ale nie jest to też wyspa którą można zwiedzić w dwa dni. Żeby ją objechać wkoło trzeba przejechać jakieś 300-400km. My wpierw udaliśmy się na południe, gdzie piękne plaże z białym piaskiem przyciągają największe tłumy turystów. Tu równie ciężko o nocleg w przyzwoitej cenie co w Kucie. Sanur - miasto największe skupisko tzw. expatów, czyli expatriantów najczęściej z Europy i Ameryki, nie spodobało nam się wogóle. Ani tam plaży ładnej nie ma, a i miasto średnio atrakcyjne. Szybko więc uciekliśmy stamtąd do Ubud. Miasto-stolica kultury i sztuki. Sztuka w tradycji balijskiej nie była niczym nadzwyczajnym. Nie było artystów, gdyż tworzenie było udziałem wszystkich. Każdy coś rzeźbił, wyklejał, śpiewał czy tańczył. Artysta więc jako taki nie istniał bo każdy zajmował się tak samo wyprowadzaniem kozy jak i dłubaniem w drewnie. Sztuka wraz z setką artystycznych straganów pojawiła się tam więc równo z pojawieniem się turystyki. Prócz straganów jednak Ubud wyróżnia się ciekawą architekturą i chyba najlepszymi tanimi i pięknymi hotelami. Jednak dopiero ucieczka na północ do spokojnego i małego kurorciku - Loviny - pozwala w spokoju rozkoszować się atmosferą wyspy. W tym roku masowa turystyka nie dotarła tam jeszcze na taką skalę jak na południe, łatwo więc o niedrogi i przyjemny nocleg. Co więcej można wieczorem wybrać się na spokojny spacer po wiosce, gdzie nie odgrywa się lipy w stylu "cultural village", tylko można popatrzeć na prawdę jak miejscowi grają radośnie na bębenkach czy wykonują codzienne czynności.
Sekret sukcesu Bali tkwi jak podejrzewam w gościnności rodzimych mieszkańców. Nie jest tak, że turysta nie staje się celem, "chodzącym portfelem" bo oczywiście tak w wielu przypadkach jest. Ale widać to w kontaktach z tymi mieszkańcami wyspy którzy nie czerpią bezpośrednio korzyści z turystyki. Są nie tylko przyjaźnie nastawieni, ale wręcz ciekawi i żądni opowieści, skąd jesteś i jak inaczej tam życie wygląda.












Sekret sukcesu Bali tkwi jak podejrzewam w gościnności rodzimych mieszkańców. Nie jest tak, że turysta nie staje się celem, "chodzącym portfelem" bo oczywiście tak w wielu przypadkach jest. Ale widać to w kontaktach z tymi mieszkańcami wyspy którzy nie czerpią bezpośrednio korzyści z turystyki. Są nie tylko przyjaźnie nastawieni, ale wręcz ciekawi i żądni opowieści, skąd jesteś i jak inaczej tam życie wygląda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)